Fortunately porcelain...

PS: I love You

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Rozdział 15


Żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy strzelać do niej z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza – wie, jak przeżyć.



Pół godziny później byli z powrotem w Phoenix. Jennifer wierciła się niecierpliwie w bagażniku. Gdy poczuła, że samochód się zatrzymał, zastygła w bezruchu. Nasłuchiwała uważnie, czekając, aż ktoś ją wreszcie wyciągnie. Usłyszała ciche kliknięcie i bagażnik się otworzył. Jej oczy przyzwyczaiły się do panującej ciemności. Dostrzegła kwadratową twarz Dave’a. mężczyzna podniósł ją i zatrzasnął klapę. Przerzucił Jennifer przez ramię i ruszył w stronę werandy. Próbowała się wyrwać, ale klepnął ją mocno w tyłek, więc przestała. To nie miało sensu. Była o wiele za słaba. Co z tego, że znała taekwondo, skoro nie potrafiła się teraz obronić?
Podniosła trochę głową. Dostrzegła Iana. Szedł ze wzrokiem utkwionym w czubkach butów. Prowadzony był przez Jamesa. Chciała coś powiedzieć, ale uświadomiła sobie, że wetknięto jej w usta kawałek szmaty. Zaczęła wypychać go językiem. Dave otworzył drzwi i wkroczył do środka. Jennifer znała już wystrój wnętrza. Wiedziała, że za chwilę znajdzie się w fotelu, a naprzeciw niej usiądzie Robert Oldman. I faktycznie stało się tak, jak podejrzewała. Ian stał całkiem z boku, więc Jennifer nie mogła go zobaczyć. Dostrzegła za to Michaela i Oldmana. Celaya spojrzał na nią niewzruszony. Przybrała błagalną minę. Powinien wziąć pod uwagę fakt, że jest przyjaciółką Chan. Come on!
-Co zrobiłaś z moją córką? – zapytał sucho, wyciągając szmatę z jej ust.
-Co ja zrobiłam z Chanel? To pan powinien zapytać sam siebie, co jej zrobił – odparła. Poczuła tępe uderzenie w policzek. To Dave. Nie zwróciła jednak na to uwagi. – Ile razy podawał jej pan morfinę? Nie pomyślał pan, co ona czuje? A jeśli się od tego świństwa uzależni? Czy tego dla niej pan chce? Żeby ćpała?
Drugi policzek równie mocno zapiekł.
-Przestań, kurwa! – wrzasnęła. – Nie rozmawiam z tobą!
-Nie wolno ci znieważać innych – warknął.
-Nie wtrącaj się! To ciebie nie dotyczy!
-Odsuń się Dave – mruknął Robert.
-Jesteś pieprzonym egoistą, Celaya! – krzyknęła. – Myślisz, że ona o niczym nie wie? Że zabiłeś jej matkę, bo chciała tylko odebrać ci prawa rodzicielskie? Odebrałeś jej kogoś najważniejszego w życiu. Zniszczyłeś swoją córkę. Zraniłeś ją. Nie chce cię znać, ale… nadal cię kocha. Więc zostaw ją w spokoju! Niech radzi sobie bez takiego tyrana jak ty! Ma kogoś, na kim jej zależy! Jest szczęśliwa!
-Nic o mnie nie wiesz – wysyczał. Podniósł pistolet i wystrzelił kulę. Jednak ta nie trafiła w Jennifer.
-Nie masz cela – powiedziała. Prychnął pogardliwie.
-Sądzę, że Dave zajmie się tobą należycie – zaśmiał się. Dave podniósł ją i wyniósł z salonu.
-Nie! Zostaw ją! – wrzasnął Ian. Wyrwał się Jamesowi i ruszył za Dave’em, ale zatrzymał go Celaya.
-I ty, Somerhalder, jesteś w to zamieszany? Myślałem, że mogę na tobie polegać…
Reszty już nie usłyszała. Schodzili schodami do piwnicy. Po chwili znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu. Dave zaświecił światło i zrzucił dziewczynę na podłogę. Poczuła ból w plecach. Nie dała jednak niczego po sobie poznać.
-Poprzednim razem mi uciekłaś. Teraz ci się to nie uda. A Ian będzie wszystko słyszał. Twoje jęki, piski, wrzaski – mówił z lubością. – Będzie cudownie.



Wyszłam spod prysznica drżąc z zimna. Nie było ciepłej wody. To już przechodzi ludzkie wyobrażenie!
Otuliłam się szczelnie ręcznikiem i stanęłam bosymi stopami na popękanych kaflach.
Czy powinniśmy pójść na policję? Ale z drugiej strony, kto by nam uwierzył? Uznaliby to za wymysł wyobraźni dwójki nastolatków, kochanków uciekających przed rodzicami. W dodatku skłóconymi… jak Romeo i Julia.
Wytarłam się i ubrałam bieliznę. Rozczesałam mokre włosy i wysuszyłam je. Opuściłam łazienkę. Na łóżku siedział Justin. Obok świeciła się lampka nocna, a okna zasnute były szenilowymi zasłonami. Chociaż nie wyglądały już na zbyt miękkie.
Chłopak uśmiechnął się smutno. Wstał i ruszył do łazienki. Położyłam się na łóżku i okryłam kołdrą. Jednak nie mogłam zasnąć. Justin wrócił po kilku minutach.
-Nie ma ciepłej wody – westchnął z rezygnacją. – Jedzenia też tu nie dostaniemy.
-Justin? – odezwał się cicho.
-Tak? – zapytał.
-Przytulisz mnie? – poprosiłam.
-Jasne, skarbie.
Położył się obok i przyciągnął mnie do siebie.
-Boję się – szepnęłam. Pocałował mnie w czoło i powiedział:
-Każdy się czegoś boi. Ja też boję się, że kiedyś stracę wszystko to, co sobie wypracowałem przez te sześć lat ciężkiej roboty. Boję się, że moi fani się ode mnie odwrócą. Zostawią mnie na kruchym lodzie. Samego. Bezbronnego. Ale najbardziej boję się tego, że kiedyś odejdziesz, bo nie będziesz ze mną szczęśliwa. Poznasz kogoś innego. To byłoby jak w sztylet w serce…
-Nigdy – zaprzeczyłam.
-Jest taka zasada. – Pochylił się i wyszeptał. – Never say never.
-Nie odejdę, Justin, choćbyś wyganiał mnie siłą. Za bardzo cię kocham. W końcu to przeznaczenie, a tego nie zmienisz. Czyż nie tak mówiłeś godzinę temu?



Dave podszedł do stołu. To niczego dobrego nie wróżyło. Co tam może być.
Chwilę później uzyskała odpowiedź. Mężczyzna szedł w jej kierunku ze scyzorykiem. Ostrze zabłysnęło złowieszczo w wątłym świetle. Przyklęknął obok i rozciął więzy.
-Wiesz co to jest, prawda? I wiesz, co mogę ci zrobić, jeśli nie odpowiesz na wszystkie moje pytania.
-Wiesz co to jest, prawda? – Wskazała na swoją stopę. – I wiesz, co mogę zrobić, jeśli mnie skrzywdzisz.
Usiadł na niej okrakiem, wciąż zaśmiewając się ze słów jakie wypowiedziała.
-Nie masz ze mną szans, Lawrence.
-Chyba za bardo przeceniasz swoje możliwości. Twoje ego cię przerasta – mruknęła dobitnie.
-Kochasz go? – zapytał znienacka. Jennifer zamyśliła się. Kochała go? Tak. Zależało jej na nim. Nawet bardzo. – Nie zależy mi na tym, żeby wyciągnąć z ciebie informację o tej lasce. Chcę zranić mojego brata. Bo on cię kocha, wiesz? A krzywdząc ciebie zadaję mu ból. Jeszcze gorszy niż bym kaleczył jego samego.
-Myślisz, że osiągniesz to poprzez torturowanie mnie.
-Ta. Zależy mu na tobie, nie? A ty chyba o tym wiesz, Lawrence. Ale zanim przystąpię do działania dam ci wybór. Jeśli ty sama z nim zerwiesz i już nigdy więcej się nie spotkasz z tym debilem, puszczę cię wolno. Michaelowi powiem, że jego córka wróciła do Los Angeles. Chociaż to wątpliwe by tam się wybrała. Zbyt znajome miejsce. Lepsze to niż nic.
-Nigdy!
-Nie to nie – zaśmiał się złośliwie. – Nawet cieszę się, że zostajesz. A teraz koniec pogaduszek. Gadaj, gdzie ta pieprzona Celaya.
-Nie mam pojęcia!
-Przecież nie mogła się rozpłynąć w powietrzu! Ktoś jeszcze jest w to zamieszany?!
-Pocałuj mnie w dupę! – wrzasnęłam.
-Gadaj, kurwa. Nie mam wieczności i zamiaru pieprzyć się z tobą jak z porcelaną.
-Wal się!
-Bo mnie, kurwa, Celaya zabije, suko! Ogarniasz?
-Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa z tego powodu. W tym jedynym przypadku popieram tego frajera.
-Zaboli, dziwko.
-Nigdy. Więcej. Nie. Nazywaj. Mnie. Dziwką!!! – krzyknęła. Poczuła nagły przypływ adrenaliny. Podkuliła nogi i zrzuciła z siebie mięśniaka. Wstała błyskawicznym ruchem, słysząc jego śmiech.
-A ja myślałem, że ty się boisz – zarechotał obrzydliwie. – Dziwka. Dziwka!
Wściekła do granic możliwości rzuciła się na niego, ale po chwili wycofała się.
-No co, Lawrence? Obleciał cię cykor? – zaszydził przeciwnik.
Przypomniała sobie słowa mistrza: Trzymaj atakującego na dystans jeśli ma przy sobie nóż.
W duchu podziękowała za dobra pamięć, szybkość i odwagę, po czym błyskawicznym ruchem kopnęła Dave’a w goleń.
-Cholera! – zaklął głośno, masując nogę.
-Nigdy nie trać koncentracji – szepnęła.
-Co?
Pobiegła szybko w jego stronę i wskoczyła mu na plecy. Teraz pora na równowagę. Dave rzucał się na wszystkie strony, chcąc ją zrzucić. Powoli podniosła się do pozycji stojącej i podskoczyła.
-Nigdy nie trać koncentracji, Dave! – krzyknęła. Zachwiał się i poległ na podłodze. Chwyciła go za rękę, mocno ją wykręcając. Nóż był dość duży i bardzo ostry, więc Jennifer rozcięła sobie przedramię. Podniosła sznur, i wykręciwszy drugą rękę, zawiązała je z tyłu, po czym wsadziła szmatę w usta mężczyzny.
-Żegnaj, kotku. Miło było cie poznać.
Pomachała mu na pożegnanie i podeszła do drzwi. Przekręciła klucz i wyszła na zewnątrz. Na schodach siedział Ian. Twarz schowaną miał w dłoniach. Jennifer zauważyła, że on… płacze.
-Ian, skarbie? Czy byłbyś taki miły i zawiózł mnie do szpitala? – zapytała. Ten poderwał się i wziął ją w ramiona. Jennifer trzymała rękę na zranionym ramieniu. Krew przeciekała przez palce.
-A co z nim?
Wskazała głową na wnętrze piwnicy i na Dave’a leżącego nieprzytomnie na ziemi.
-Biedaczek. Musiał się mocno uderzyć w głowę kiedy spadał – westchnął. –A teraz uciekajmy. Tylko cicho, Ian. Nie mogą nas zauważyć, jasne?
Mężczyzna pokiwał głową.
-Jeszcze jedno. Zamknij proszę piwnicę na klucz i weź go ze sobą – powiedziała cicho. Ian zrobił o co go poprosiła. Chwycił ją pod zdrowe ramię i wybiegli po schodach. Na parterze było cicho. Ruszyli w stronę wyjścia. Już po chwili znaleźli się na zewnątrz i biegli do samochodu.
-Daj mi klucz – mruknęła Jenny. Wyrzuciła go w krzaki i wsiadła do porsche na miejsce pasażera. Ian zapalił silnik i odjechał z piskiem opon.
-Jak ty sobie z nim poradziłaś? – zapytał.
-Tajemnica zawodowa – wyjaśniła tajemniczo.



-Śpisz? – zapytałam.
-Nie – westchnął cicho. – I chyba nie zasnę. Martwię się o nich.
-Ja też – powiedziałam.
-Chanel?
-Tak?
-Spójrz na mnie – poprosił. Podniosłam wzrok. – Pamiętasz pierwszy raz?
Musnął moje usta.
-Zanim poznałam cię oficjalnie, czy po tym, jak zobaczyłam cię w całości?
-To drugie.
-Pamiętam – szepnęłam. Pocałował mnie delikatnie.
-Wiesz… od tamtego czasu jeszcze się nie całowaliśmy.
-Faktycznie – zauważyłam, lekko się uśmiechając.
-A czy chciałabyś…
-Chcę – odparłam. Justin podniósł się. Usiadłam okrakiem na jego kolanach. Wzięłam głęboki wdech i zbliżyłam się do ukochanego. Chłopak wsunął dłoń w moje włosy i błyskawicznym ruchem przyciągnął do siebie. Złączył nasze usta w namiętnym, agresywnym pocałunku. Języki wariowały w szalonych pląsach. Pragnęliśmy siebie i tylko siebie, swojego ciała, swojej bliskości. Nic innego się nie liczyło. Nie teraz. Tylko on i ja. Sięgnął do rozpięcia mojego biustonosza, który sekundę później leżał na podłodze. Justin przygniótł mnie swoim rozpalonym ciałem. Ujął moja pierś w dłoń i zaczął ssać, delikatnie przygryzając. Jęknęłam. Chłopak uśmiechnął się zadowolony i sięgnął po drugą. Jęknęła głośniej.
-Kocham jak jęczysz – wymruczał seksownie. – Ale to trochę za mało.
Pociągnął za gumkę od dolnej części bielizny i bardzo powoli zaczął ją zsuwać.
-Justin? – szepnęłam. Uniósł brew.
-Coś nie tak? – zapytał. Przełknęłam ślinę i zaczęłam zażenowana:
-Wstydzę się.
Roześmiał się głośno.
-Czego, kochanie?
-No…
-Mam się rozebrać pierwszy?
Pokiwałam głową. To się dzieje!
Justin zdjął swoje bokserki i odrzucił je na bok. Spojrzałam na niego oniemiała. Gorąco buchnęło mi do twarzy, karmazynowe rumieńce wpełzły na policzki.
-Teraz twoja kolej, skarbie – wymruczał. Zsunął moje figi, a ja byłam już niemal bordowa. – Jesteś taka piękne.
Spojrzał na mnie łakomie i przyciągnął bliżej. Zamknęłam oczy i pozwoliłam ponieść się chwili. Justin wszedł we mnie powoli, oczekując mojej reakcji.
-Och, Justin! – zawołałam zaskoczona. Ten pierwszy raz.
-W porządku?
-Przyjemnie, bardzo przyjemnie – odrzekłam.
-Obiecuję, że będziesz jęczała i wykrzykiwała moje imię z rozkoszy.
I rzeczywiście tak się działo. Każdy następny raz był coraz bardziej agresywny i szybszy. Doszliśmy w tym samym momencie.
Justin padł obok mnie. Leżeliśmy spleceni, nie ruszając się.
-Twój ojciec miał zamiar całe życie utrzymać cię celibacie? To niedorzeczne.
-Mógł wysłać mnie do zakonu.
-Tak, mógł, ale ja bym cię stamtąd porwał.
-Wybaczysz mu kiedykolwiek? – zapytał znienacka.
-To nadal mój tata.








Od Aut.: Macie tysiąc i jeden powodów do ponarzekania na mnie. Proszę bardzo. otwarta jak księga na wszelką krytykę ;)
Od razu mówię, że mam ciężko sytuację. Taki mały kryzys twórczy.
Ta scena łóżkowa to moja porażka, ale wierzcie - pisałam ja po raz pierwszy w życiu, więc proszę o odrobinę wyrozumiałości.
Mam nadzieję, że zrozumiecie fakt, że z pisaniem na wakacjach będzie niełatwo. Mój tata jedzie do Niemiec, mama pracuje, a ja nie mam zamiaru przesiedzieć dwóch miesięcy na wakacjach. Będę trochę tu, trochę tam. Co niektóre wypady mam już zaplanowane, więc nie obiecuję, że rozdziały będą często. Jeśli mi się uda, to co tydzień w weekend, jeśli nie - co dwa, trzy tygodnie.
A o roku szkolnym wolę nie wspominać.
Mam nadzieje, że nie zawiodłam was aż tak bardzo. Wciąż liczę na komentarze :)
23.06.2014 o godz. 19:05

Rozdział 14


Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.




-Zatrzymaj się, Justin - poprosiła Jennifer.
-Jak to: zatrzymaj si?! Zwariowałaś?! - warknął.
-Zrób, co karzę - spławiła go. Justin zjechał na pobocze. Ian zatrzymał się za nami. - Wysiadajcie.
Wykonaliśmy polecenie. w czwórkę stanęliśmy obok siebie.
-Witaj Chanel - odezwał się Ian. Skinęłam głową na powitanie.
-Posłuchajcie uważnie, bo nie będę się powtarzać. Musimy się wymienić. Ja z Ianem pojedziemy moim samochodem, a ty z Chanel autem Iana. Nie rób takiej kwaśnej miny. Porsche za bardzo rzuca się w oczy. Ludzi Oldmana widzieli go, kiedy uciekałam.
-Mój też - wtrącił Ian.
-Tak, ale ty zmieniłeś rejestrację. Sądzę, że z pewnością sprawdzą, jakie mamy. Jeśli nas dogonią, trudno. Damy sobie radę, prawda, Ian? Gorzej z wami. Oni będą szukać ciebie, Chanel. Dlatego nie możecie wrócić do Los Angeles. Zmiana planów. Za autostradą skręcicie do San Francisco. Tam się spotkamy, tak sądzę. A teraz trzeba trochę zmienić wasz image - powiedziała. Z bagażnika srebrnego auta wyjęła torbę podróżną. Rzuciła ją w moim kierunku. Złapałam ją w locie, błyskawicznie odsunęłam zamek i zajrzałam do środka. Znalazłam tam perukę i jakieś ciuchy.
-Chodźmy tam - wskazała palcem na toalety. Wpakowałyśmy się do ciasnego pomieszczenia. Jennifer położyła otwartą torbę. Wyciągnęła z niej czarną sukienkę i wysokie szpilki.
-Zwariowałaś - westchnęłam zrezygnowana.
-Nie ty jedna tak uważasz. Wciskaj się w tę kieckę.
-Ona jest ciasna - jęknęłam.
-Ma być.
-Ale...
Uśmiechnęła się tylko i zasunęła zamek. Wsunęłam stopy w obcasy.
-Bardzo dobrze. Teraz peruka.
-Muszę?
-Musisz.
Związałam włosy w kucyka i założyłam perukę. Jennifer zrobiła mi makijaż i wskazała na lustro. Spojrzałam w nie i... gdybym się nie znała, nie poznałabym, że to ja.
-Od teraz jesteś Maylene Mikaelson. Justin to twój mąż, Sebastian. Wszystkie dokumenty masz w tej torebce - podała mi czarną, dość sporą kopertówkę. - Tam też są obrączki i rzekomy pierścionek zaręczynowy. Jesteście bogatymi ludźmi. Nie macie dzieci. A teraz idziemy, szybko. Wyciągnij obrączki.
Justin miał na sobie drogi garnitur i wyglądał bardzo apetycznie. Przygryzał wargę i podeszłam do chłopaka. Uśmiechnął się do mnie.
-Bardzo dobrze. Pobierzcie się. Mam nadzieję, że będą dobre.
Justin ujął moją dłoń i wsunął na palec serdeczny dowód zaślubin. Powtórzyłam jego czyn. Od teraz byłam "mężatką"
-Idealnie - westchnęła Jennifer. - Jedźcie pierwsi. My będziemy za wami.
"Mąż" otworzył przede mną drzwi. Wsiadłam ostrożnie, uważając, żeby nie podwinęła mi się sukienka. Justin usiadł obok i ruszył. Tym razem jechaliśmy normalnie. Wyciągnęłam dokumenty, które miałam w kopertówce. Zaczęłam je przeglądać.
-Jesteś biznesmenem - odezwałam się po chwili.
-Wiem, żono - zaśmiał się.
-A ja jestem... lekarzem.
-Nie powiedziałbym - wymruczał.
-Na kogo w takim razie wyglądam, mężu?
-Na moją żonę.
Roześmiałam się. Justin splótł nasze palce i spoważniał.
-Niezależnie od tego, co się stanie, kocham cię.



James wciąż przyspieszał. Wrzucił czwarty bieg. Osiągnął prędkość 220 km/h, która wciąż rosła. Żółte porsche. Kolor rzucający się w oczy, więc raczej łatwo będzie ich znaleźć. Rozległ się dzwonek telefonu. Machinalnie nacisnął zieloną słuchawkę.
-Tak?
-To ja, James - usłyszał głos Oldmana. - Jest jeszcze jeden szczegół, który przypadkowo nam umknął. Pamiętasz może Iana Somerhaldera?
-Taa - mruknął.
-Bardzo dobrze. Jeździł srebrną Alfa Romeo, prawda?
-No. Ale nie rozumiem... - zaczął.
-Dave widział jego samochód. Sądzę, że Ian ma coś z tym wspólnego. Wysłałem za tobą Dave'a. Powinien być niedaleko.
James zerknął we wsteczne lusterko i westchnął:
-Jedzie za mną.
-To dobrze. Dacie sobie radę.
Rozłączył się. Dostrzegł, że Dave go wyprzedza. Trochę zwolnił, żeby mu to udostępnić. Po chwili telefon zadzwonił ponownie. Usłyszał głos Dave'a
-Pytałem w CB, czy ktoś widział żółte porsche i Alfa Romeo. Udało mi się ustalić, że mają przewagę 15 kilometrów. Więc jeśli się pospieszymy, możemy dogonić ich za kilka minut.
-Dobra. Prowadź. Jadę za tobą.
Odłożył telefon i wrzucił piąty bieg. Teraz jechał 315 km/h. Na szczęście autostrada była pusta, co nie zdarzało się często. Docisnął pedał gazu. 355, maksymalna prędkość widniała na liczniku. Chwilę później Dave dał mu znak, że są blisko celu. Porsche jechało z tyłu, nieco z przodu utrzymywała się Alfa Romeo. Dave wyprzedził obydwa samochody i gwałtownie zajechał im drogę, odcinając dostęp do ucieczki. James zatrzymał się za żółtym samochodem i wysiadł. W dłoni trzymał pistolet, trzydziestkę ósemkę. Wycelował lufę w kierowcę.
-Czekaj tam! - krzyknął Dave. Podszedł do Alfy Romeo. Otworzył drzwi od strony pasażera i zwrócił się do młodej kobiety: - Wysiadaj!
Wcisnęła się w siedzenie, drżąc ze strachu.
-Wysiadaj, kurwa!
-Zostaw moją żonę! - warknął mężczyzna obok. Dave przywalił mu w twarz i siłą wyciągnął kobietę. Obejrzał ją od stóp do głów. Była seksowna. Aż za bardzo. Kusiła ponętnymi kształtami i... bała się go. A Dave kochał tyranizować kobiety. Był ich dyktatorem. Przesunął dłonią po jej biodrze. Ciekawe, czy sprawdziłaby się w łóżku...
-Kim jesteś?
-M-Maylene Mikaelson - wyjąkała.
-Łżesz! - krzyknął, uderzając ją w policzek. Skuliła się. - Kim jesteś?!
-Jestem Maylene Mikaelson - wyszlochała.
Wymierzył jej drugi cios.
-Błagam.
-Pojedziesz ze mną - warknął.
-Dave! Zostaw ją! To niewinna kobieta! - zawołał James.
-Nie wiemy, kim jest! - odkrzyknął Dave. - Masz dokumenty.
Drżącą ręką wyciągnęła papiery w jego stronę. Zaczął je przeglądać, ale coś mu tu nie pasowało. Uśmiechnął się pod nosem, po czym wymierzył lufę pistoletu w skroń Justina.
-Ty jesteś Chanel Celaya? - zapytał.
-K-kto? - wyjąkała.
-Nie będę się, kurwa, powtarzał.
Zakryła twarz rękami.
-N-nie. Nie wiem, kogo szukacie, ale nie jest tą osobą - szepnęła. Poczuła czyjeś ciepłe dłonie na swoich. Spojrzała na stojącego przed nią Jamesa i krzyknęła. Wyrwała rękę z jego uścisku. James pogładził ją po czerwonych i piekących od uderzeń policzkach.
-Ona jest moja - warknął Dave.
-Jest mężatką. Niech jadą. Ale jeśli powiedzą komukolwiek, co tu się wydarzyło, są martwi. Czy jasno się wyraziłem?
-T-tak - jęknęła.
-Świetnie.
Odgarnął kosmyk z jej twarzy i lekko pchnął w stronę samochodu, po czym zwrócił się do Dave'a.
-Znalazłem coś, co może cię zainteresować. Widzisz naszą małą przyjaciółkę Annę?
-Fantastycznie. - Dave zatarł złowieszczo ręce i ruszył w tamtym kierunku.
Chanel miała ochotę krzyknąć, żeby ją zostawili, ale nie mogła. Jennifer by tego nie chciała.
-Justin? - wyszeptała. - Jedźmy stąd. Jak najszybciej.
-A Jenny i Ian? - zapytał.
-Dadzą sobie radę. Pamiętaj, że nie możemy się zdradzić. Oni tego nie chcą.
-Zatrzymamy się w najbliższym motelu.
-To chyba nie jest dobry pomysł.
-Wiem, ale musimy się trochę ogarnąć i odpocząć.
Pokiwała głową i oparła się o zagłówek.



-Anna-turystka. Mała kłamczucha. Uciekinierka - zaśmiał się Dave, spoglądając na blondynkę. - Uciekłaś mi, mała suko. A mi się tego nie robi.
-Nie jest suką - warknął Ian.
-I wspaniały Somerhalder. Znów się spotykamy, co braciszku? Długo już udajesz, że wszystko jest okej?
-Nie jestem twoim bratem!
-Nie ładnie kłamać. Oj nieładnie - zakpił. Dave wyciągnął wszystkie dokumenty ze schowka. Jennifer chciała mu je wyrwać, ale brutalnie ją odepchnął.
-Jennifer Lawrence. To ty? Dlaczego okłamałaś mojego szefa, dziwko?! Tego się nie robi!
Zacisnęła zęby i nie odpowiedziała.
-Nie chcesz mówić? - Pociągnął ją za bluzkę, wyciągając z samochodu. Przygniótł jej ciało swoim i przyłożył pistolet do czoła. - Powiedz mi... Znasz ją?
Pokazał zdjęcie Chanel. Jennifer pokręciła głową.
-Doprawdy? Bo ja mam inne wrażenie. Gadaj, gdzie ona jest?!
-Nie znam tej dziewczyny. Nie wiem, kim ona jest.
-Tak, tak. Przede mną możesz kłamać i zmyślać ile tylko ci się podoba, ale przed Mike'iem nie uciekniesz.
-Nie znam jej!
-Kłamiesz! - wrzasnął wściekły. Odbezpieczył spust. - Wystarczy, że przypadkiem pociągnę i padniesz martwa. Jednak problem w tym, że jesteś zbyt cenna, Lawrence. Pojedziesz ze mną.
-Nigdzie nie po... - głos ugrzązł jej w gardle, gdy Dave uderzył ją pistoletem w skroń. Straciła przytomność. Ian wysiadł z samochodu i podszedł do Dave;a.
-Zostaw ją! - warknął.
-Zależy ci na niej, prawda braciszku? Jeśli tak, to pojedziesz grzecznie za mną.
-Nie zrobisz jej krzywdy. Nie pozwolę ci na to. Drugi raz nie odbierzesz mi dziewczyny! - krzyknął.
-Zapominasz się. To nie była tylko moja wina! A co teraz możesz zrobić? Poskarżysz się matce? No patrz! Zapomniałem! Przecież ona nie żyje! - zakpił i roześmiał się głośno. Z twarzy Iana odpłynęła krew. Wiedział, że dłużej nie wytrzyma i go uderzy. Powstrzymywał się jednak cały czas i próbował zignorować nasilający się swąd w opuszkach palców. Dave, nie zważając na brata, odwrócił się, przerzucając sobie przez ramię nieprzytomne ciało Jennifer. Wrzucił dziewczynę do bagażnika, zawiązał jej ręce i nogi, wetknął szmatę do buzi i zatrzasnął klapę.
-Jedź za mną, braciszku. Może wróci do ciebie żywa. Prawdopodobnie nie z całości, ale żywa. - Znów się roześmiał i wsiadł za kierownicę, po czym ruszył z piskiem opon.



50 kilometrów dalej napotkaliśmy na skromny motel. Justin zaparkował samochód na jednym z wielu wolnych miejsc. Wysiadł z auta i pomógł mi. Z bagażnika wyciągnął torbę z naszymi rzeczami.
-Wszystko w porządku? - zapytał matowym głosem. Jestem córką gangstera, moi przyjaciele są w poważnym niebezpieczeństwie, w każdej chwili możemy stracić życie, musimy się ukrywać. Tak po za tym, to jest okej.
-Tak - westchnęłam. Objął mnie ramieniem. Wtuliłam się w niego i pociągnęłam nosem. Weszliśmy do środka. Stanęłam z boku i poczekałam, aż Justin zarezerwuje pokój.
-Chodź - szepnął. Wziął mnie za rękę i pociągnął. Wspięliśmy się po schodach na pierwsze piętro. Chłopak otworzył drzwi kluczem. Wkroczyłam pierwsza i rozejrzałam się. Pokój był zatęchły, a ściany zakrywał grzyb. Na meblach spoczywała wiekowa warstwa kurzu, a w nogach łóżka leżała nieświeża pościel, nieprana zapewne tak długo, jak ów pokój był niesprzątany.
-Damy radę? - spytał Justin.
-Musimy. Dla Jennifer - odparłam.
-I Iana. Na chwilę obecną jestem w stanie go zaakceptować.
-Cóż... Chyba pójdę do łazienki.
Z torby wyciągnęłam bieliznę, ręcznik i kosmetyczkę. Otworzyłam drzwi i weszłam do toalety, który wyglądała niewiele lepiej. Obok umywalki postawiłam swoje rzeczy. Spojrzałam w zabrudzone, pęknięte lustro. Rozmazany przez łzy makijaż zasechł na wciąż czerwonych policzkach. Dostrzegłam zarys dłoni Dave'a. Peruka była lekko przekrzywiona.
-Justin! - zawołałam.
-Tak? - zapytał, wchodząc.
-Odsuniesz? - Wskazałam na zamek sukienki. Skinął głową.
-Wiesz co? Nigdy nie przypuszczałem, że spotka mnie coś takiego - powiedział.
-To moja wina. lepiej byłoby, gdybyśmy się nie poznali - jęknęłam. Odwrócił mnie w swoją stronę i oznajmił stanowczo.
-Nie bądź egoistką, Chanel. Zapomniałaś już jak ryzykowałem, żeby tylko cię zobaczyć? I nic na tym nie straciłem. Wręcz przeciwnie. To przeznaczenie. Przeznaczenia nie zmienisz.



Jak ja kocham ten uśmiech...

Od Aut.: Znów długaśny rozdział. Zaskoczyłam Was? Ian i Dave braćmi :3 No cóż. Jestem zażartą fanką "Pamiętników Wampirów", tylko tu role się odwróciły. Tym razem Dave jest zły :)
31.05.2014 o godz. 18:48

Rozdział 13

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.



-Gratuluję, Celaya. To twoje pierwsze poważne zadanie od kilkunastu lat - zaśmiał się Oldman na widok Michaela. - Nikt cię nie widział, mam nadzieję.
Odpowiedziało mu nieznaczne skinienie głową.
-Bardzo dobrze. Myślę, że powinieneś już wrócić do córki. Miej na nią oko. Chyba nie chcesz, żeby co jej się stało - zaśmiał się gorzko Robert, po czym zniknął w pokoju obok. James odprowadził Michaela do drzwi i odszedł. Celaya opuścił dom, zaciskając zęby.



-Co mam robić? - szepnęłam błagalnie. Moje oczy napełniły się łzami.
-Uciec, Chan. Uciekaj, póki możesz. Ile jeszcze mamy czasu? - zapytała Jennifer.
-Niewiele. On może wrócić w każdej chwili. Boję się go - powiedziałam płaczliwym tonem. Justin objął mnie ramionami i pocałowała w czoło.
-Będzie dobrze, kochanie. Zabiorę cię od niego.
-O nas znajdzie i zabije cię.
-Nie pozwolę mu na to. Nie pozwolę, by skrzywdził ciebie jeszcze bardziej.
-Nie zostawisz mnie?
-Nigdy.
-Pomożecie mi się spakować? - spytał cicho. Otarłam załzawione oczy i poprowadziłam ich do mojego pokoju. - Pójdę do łazienki. Tam jest garderoba.
Wyciągnęłam walizkę i rzuciłam ją na łóżko. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę łazienki. Pozbierałam kosmetyki i zaniosłam je do pokoju. Wrzuciłam wszystko do walizki. poszłam za Jennifer do garderoby i zaczęłam zbierać ubrania, ciskając do walizki, upychając gdzie popadnie. Po 10 minutach wszystko było spakowane. Justin wziął mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia.
-Chwileczkę. O czymś jeszcze zapomniałam.
Wbiegłam do gabinetu taty i zabrałam teczkę. Wzięłam ją pod pachę i wyszłam na korytarz, gdzie czekali na mnie Jennifer i Justin. Wyszliśmy na zewnątrz.
-Justin, kierujesz. Będzie szybciej - powiedziała Jennifer. Chłopak pokiwał głową i uśmiechnął się. Wyraźnie brakowało mu szybkiej jazdy.
-Wsiadajcie. muszę gdzieś zadzwonić - mruknęła blondynka i odeszła na bok.
-Przepraszam, Chanel - szepnął Justin. podszedł do mnie i wtulił się w moją szyję.
-Za co? - zapytałam odwzajemniając uścisk.
-Że pozwoliłem na to, aby sprawy zaszył tak daleko - wyjaśnił.
-To nie twoja wina, Justin, tylko moja. Jestem za bardzo wścibska. A teraz...
-Żałujesz, że przyjechałaś do Los Angeles?
-Tak. Bardzo tego żałuję. Ale nie ze względu, że cię poznałam. O nie. jestem z tobą najszczęśliwsza, uwierz. Kiedy sobie przypomniałam nasze pierwsze spotkanie... Było takie tajemnicze. Nie znałam cię, nie widziałam, kim jesteś. Nie rozpoznałam w tobie tego Justina. Zobaczyłam w tobie chłopaka, nie bożyszcze nastolatek i chociaż wtedy nie zobaczyłam twojej twarzy to... tak wiem, że to niemożliwe... zakochałam się.
-Ja w tobie też. Gdy tylko cię zobaczyłem... coś powiedziało mi, że jesteś tą jedyną...
-Dobra, koniec tych miłosnych wyznań. Jedziemy, bo mam złe przeczucie, że Celaya zaraz się tu zjawi.
Justin wsiadł za kierownicę, a gdy tylko zatrzasnęłam drzwi ze swojej strony, ruszył z piskiem opon.
-Do kogo dzwoniłaś, Jennifer? - zainteresował się Justin. Jechał bardzo szybko, chociaż było ograniczenie prędkości do 60.
-Do mamy – odpowiedziała szybko. Za szybko.
-Mnie nie okłamiesz, wiesz o tym – zaśmiał się.
-Nie obchodzi cię to, Justin. Zajmij się jazdą. Moja sprawa, do kogo dzwonię. Jestem dorosła, robię co chcę – warknęła dziewczyna.
-Wiedziałem – westchnął chłopak. – Nie dasz sobie z nim spokoju, co? Przecież cię zranił.
-Mówiłam, że…
-Nic nie mówiłaś. Jesteś taka naiwna.
-Zamknij się Justin, bo nie ręczę za siebie – wysyczała.
-Spokojnie, skarbie. Martwię się o ciebie.
-To może być przestał, jasne?
Justin gwałtownie skręcił na autostradę, nie zważając na jadący samochód.
-Uważaj trochę – mruknęłam.
-Wybacz, Chan, ale to jest sprawa życia i śmierci. Dosłownie.
-I tak, prędzej czy później mnie znajdzie, więc jakie to ma znaczenie?
-Duże, kotku.
-A powiedz mi, co ty robiłeś w Phoenix. Miałeś być w Europie.
-Byłem, ale nie mogłem znieść myśli, że on cię zabrał. Nie potrafiłbym siedzieć bezczynnie z założonymi rękami, a koncerty zostały przesunięte o tydzień. Ale będę się musiał jakoś wytłumaczyć… - Podrapał się po karku. Oparł rękę na podłokietniku. Dotknęłam jej palcami. Delikatnie ją ścisnął i nie wypuścił, dopóki nie zmienił biegu na czwórkę.
-Mogłaś kupić z manualną skrzynią biegów – zwrócił się do kuzynki.
-Nie lubię. Jestem przyzwyczajona do takiej – warknęła Jennifer.
-Już się na mnie nie złość. Nie polubię Iana, ale będę go szanował ze względu na ciebie.
Z tylnego siedzenia dobiegło nas głośne prychnięcie.
-Już to widzę. Wystarczy, że się zobaczycie. Żaden nie potrafi powstrzymać się od złośliwych uwag. Nie mam zamiaru być pośrednikiem. A teraz daj mi spokój.
-Jasne, jasne.
Przeczesał palcami włosy i przyspieszył. Wrzucił piąty bieg. Jechaliśmy 180. Nie lubiłam takiej prędkości, ale co miałam zrobić?
Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Jennifer odebrała.
-Słucham? – zapytała.
-…
-To cudownie. Zobaczymy się w Los Angeles.
-…
-Nie. Nigdzie się nie będziemy zatrzymywać. Nie ma sensu.
-…
-Ja ciebie też. Pa.
Rozłączyła się. Zauważyłam, że Justin ma ochotę coś powiedzieć, ale powstrzymywał się zaciskając zęby.
-Ian jedzie za nami – mruknęła Jenny.
-Zauważyłem – syknął Justin, zerkając we wsteczne lusterko. – Jak to możliwe, że nas dogonił?
-Był w pobliżu i wyjechał z innej drogi - odrzekła dziewczyna. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale wjechałeś tuż przed niego jak wyjeżdżaliśmy na autostradę.
-Ach. A więc to był jego samochód. No tak. Taki znajomy się wydawał.
-Jedź i nie gadaj. Łatwiej się skupisz – dodała Jennifer.



Michael wjechał na podjazd i zaparkował samochód. Wyłączył silnik i światła. W domu było ciemno. Chanel pewnie śpi. Podszedł do drzwi. Ku jego zdumieniu było niedomknięte, lekko uchylone. Przerażony wszedł do środka i pospiesznie ruszył korytarzem. Drzwi sypialni Chanel i jego gabinetu otwarte były na oścież otwarte. Przyspieszył kroku. Wkroczył do pokoju córki. Łóżko było rozwalone, kapa leżała na ziemi, a w garderobie świeciło się światło. Zajrzał do środka. Pusto. Żadnych ubrań. W łazience nie było jej kosmetyków. Pobiegł do gabinetu. Pierwsza szuflada w biurku była odsunięta. Nie było białej teczki. Do diabła!
-Jak dorwę skurwiela, zabiję go! – wrzasnął wściekły. Zaczął się pakować. Wszystkie rzeczy wrzucił do bagażnika i wsiadł do samochodu. Odpalił silnik i wycofał, po czym nacisnął pedał gazu i ruszył z piskiem. Wyciągnął telefon i wybrał numer Oldmana. Odebrał po trzecim sygnale.
-Wyjeżdżam do Los Angeles. Ktoś porwał moją córkę – warknął. – Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz. Nie daruję gnojowi.
-Nie możesz wyjechać – odparł mu spokojny głos.
-Mogę, kurwa! Nie jestem od ciebie zależny!
-Ale życie twój i córki zależy ode mnie. Albo zostajesz, albo odnajdę twoją córkę i ją zabiję. A wtedy nie będzie już odwrotu..
-Nie zrobisz tego – syknął Michael.
-Znasz mnie. Zrobię to z wielką chęcią. Sądzę, że Dave ma ochotę na zabawę, a taka piękna dziewczyna nie trafia się często…
-Nie możesz! – krzyknął Celaya, wściekły do granic możliwości.
-Mogę. Wolno mi wszystko i nikt mnie nie powstrzyma. A teraz, bardzo cię proszę, bądź grzeczny i posłusznie zatrzymaj samochód. James pojedzie do Los Angeles i znajdzie twoją córkę. Nie martw się, nic jej nie zrobi. Zawsze myślałem, że jest za łagodny do tej roboty. W końcu to dobry chłopak.
Mike zacisnął mocno dłonie na kierownicy, ale zahamował.
-Bardzo dobrze. A teraz nawróć i jedź do domu. Twojej córeczce włos z głowy nie spadnie. Już James o to zadba. Jeszcze jedno, zanim odłożysz telefon. Jutro widzimy się u mnie wpół do siódmej wieczorem. Do zobaczenia.
Oldman rozłączył się, a rozeźlony Celaya cisnął telefonem na siedzenie obok. Chanel zniknęła. Ktoś ją porwał. Jeśli dorwie tego gnoja…
Podniósł komórkę i wybrał numer córki. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci… Po dziesiątym zrezygnował. Coś się musiało stać. Tylko co? Zrobił jej krzywdę? Zabrał telefon i wyrzucił przez okno? Może po prostu bateria padła?



-To on – szepnęłam gorączkowo, patrząc na wyświetlacz dzwoniącego telefonu.
-Pod żadnym pozorem nie odbieraj. Sądzę, że mógłby nas namierzyć…
-Mam teraz wyrzuty sumienia. Tata się będzie martwił – powiedziałam nerwowo.
-Po tym co ci zrobił ty nadal… nie wierzę – westchnęła Jennifer.
-To mój tata, Jenny i ty dobrze o tym wiesz. Rodziciela nie da się od tak przestać kochać. On zawsze przy mnie był. Masz przecież tatę, wiesz, jak to jest – odparłam.
-Ale mój tata nie podaje mi morfiny, żebym zapomniała o wszystkim – odrzekła. –I nie zabija niewinnych ludzi.
Nie odpowiedziałam. Byłam zła, ale przyznawałam jej rację. Fakt. Był mordercą, pracował dla gangu, ale nie potrafiłam myśleć o nim inaczej niż o tacie. Tym kochanym, troskliwym mężczyźnie. Dlaczego to wszystko musiało tak się potoczyć? Czy nie dałoby się cofnąć czasu? Albo przynajmniej zapobiec wcześniej wydarzeniom, które miały miejsce. Prawda boli. Boli tak jak ostry sztylet wbity w plecy. Nie zabije cię od razu, ale sprawia ból. Trudny do zniesienia. Jak oddech żagwi.
-Nic mu się nie stanie, Chanel. Oldman go nie zabije. Ale sądzę, że twój ojciec mógłby zabić mnie i Justina.
-Nigdy na to nie pozwolę.
-Nie mamy na to wpływy, Chanel. On nas nienawidzi. Nie może znieść myśli, że jesteśmy twoimi przyjaciółmi, a zwłaszcza, że Justin to twój chłopak. Jest po prostu zazdrosny i myślę, że na każdym innym praktykował by te same sztuczki.
On cię kocha, to fakt aż zanadto widoczny.
-Dlatego zdolny byłby mnie zabić – mruknęłam. – Kochał moją matkę, a… zamordował ją. Nie mogę w to uwierzyć. A ja mu tak wierzyłam i go kochałam. Do diabła z tym wszystkim!
-Za bardzo się nim przejmujesz. Musi zrozumieć, że nie jesteś już dzieckiem.



-James?
Młody chłopak, pracownik Oldmana, wszedł do salonu.
-Tak, szefie?
-Mam dla ciebie robotę. – Jego twarz zbladła. Robert uśmiechnął się lekko. – Nie martw się. Nie każę ci nikogo zabijać. To działka Dave’a i Mike’a. Ty musisz kogoś odnaleźć.
Wyciągnął zdjęcie uśmiechniętej brunetki.
-Nazywa się Chanel Celaya – James nabrał gwałtownie powietrza do ust – i została porwana. Tak twierdzi Michaela. Z tego, co wiem, pojechali w stronę Los Angeles. Zabierz ferrari i jedź. Trzeba ich dogonić, zanim się gdzieś ukryją. Czy informacje są dla ciebie jasne?
-Tak. Ale czy ta dziewczyna to nie jest przypadkiem córka Mike’a?
-Tak. Dlatego chciał za nią jechać. Idź już.
Chłopak ruszył do wyjścia.
-Jeszcze jedno – odezwał się po chwili Robert. – Pamiętasz tę dziewczynę, która nas obserwowała?
-Ta blondynka? Pamiętam.
-Sądzę, że może mieć wiele wspólnego z Chanel. Dave wspominał, że była tu żółtym porsche. Także wypatruj tego samochodu. To zapewne ona.
-Jasne, szefie – odrzekł James. Wyszedł z salonu, zabrał kluczyki i opuścił ruderę. Na zewnątrz stało czarne ferrari. James wsiadł do samochodu i dojechał w stronę autostrady.




Mrrrau


Od Aut.: Powiem tylko, że nie miałam weny :/ Trudny okres.


19.05.2014 o godz. 19:35

Rozdział 12


Miłość to nie staw, w którym można zawsze odnaleźć swoje odbicie. Miłość ma swoje przypływy i odpływy. Ma też swoje rozbite okręty, zatopione miasta, ośmiornice, burze i skrzynie złota i pereł. A perły leżą głęboko.



Zaskoczona Jennifer rozpływała się w przyjemnym pocałunku. Przez jej ciało przechodziło cudowne mrowienie. Poczuła język Iana toczący walkę z jej językiem. Walkę o względy. Jenny wiedziała jednak, że kiedyś ten pocałunek musi się zakończyć. Brakowało jej bowiem tchu. Oderwała się od mężczyzny. Zdyszana oparła głowę o ścianę.
-Jen… - zaczął Ian.
-Nic nie mów – odparła szybko. Oddech miała płytki i gwałtowny. Nabrała głęboko powietrza do płuc. Wciąż czuła napięcie, jakie spowodował Ian. – Dobrze… może usiądziemy?
Wskazała na niedużą sofę. Opadła na miękkie poduszki i zapytała:
-Należą mi się chyba jakieś wyjaśnienia.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam cię najmocniej. Ja naprawdę nie wiedziałem, co mówię. Czasami tracę kontrolę nad językiem i mówię głupoty. Kiedy się rozłączyłaś, uświadomiłem sobie co tak naprawdę straciłem. Kogo. Dotarło do mnie, że nie potrafię bez ciebie żyć. Zakochałem się jak cholera. Wiem, że znamy się dopiero od trzech dni, ale…
-To niczego nie zmienia. Ja… po prostu… nie wiem… co zrobić. Potrzebuję czasu, Ian. Daj mi go. Postaw się w mojej sytuacji – jęknęła.
-Dla ciebie zrobię wszystko…



Justin? Jennifer? Co oni robią? Co TUTAJ robią, do cholery? Mój tata… nie wiem już w co mam wierzyć. Wersja Jennifer wydaje mi się jak najbardziej wiarygodna. Sama doszłam do wniosku, że tata mi coś dał, ale… dla mojego dobra. Wiedział, przed czym mnie chroni. Przed złem. Chciał, żebym wciąż była jego małą córeczką. Wszystko było takie… dziwne, inne. Moje życie zmieniło się w ciągu tygodnia. Może gdybyśmy zamieszkali gdzieś indziej w Los Angeles, nigdy coś takiego nie miałoby miejsca. Nie dowiedziałabym się o śmierci mamy, o problemach taty. Gdybym tylko sobie przypomniała te chwile, kiedy tata wstrzyknął morfinę do mojej krwi. Z jakiego powodu? Cholera, jakiego?! Tato, co się z tobą stało?



Tymczasem Michael Celaya jechał główną ulicą w stronę North Scottside. Tam miał się spotkać z Robertem Oldmanem. Minął Center Scottside. Obejrzał się za siebie sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. To byłoby zbyt niebezpieczne.
Kilka minut później dostrzegł domek na poboczu. Zaparkował na podjeździe i wysiadł. Wszedł na werandę i zapukał trzy razy do drzwi, tak jak to było ustalone. Drzwi otwarły się szeroko. Obok stał Dave. Zmarszczył brwi i wskazał na pokój zwany salonem, choć ani w calu go nie przypominał. Michael, jak się tego spodziewał, dostrzegł Oldmana siedzącego w skórzanym fotelu. Mężczyzna zaciągał się kubańskim cygarem, rozkoszując się jego ostrym smakiem. Robert uśmiechnął się na widok znajomej twarzy.
-Michael Celaya. Dobrze, że wróciłeś na stare śmieci. Wiedziałem, że to kiedyś zrobisz… - odezwał się ochrypłym głosem.
-Jakie zadanie na dzisiaj? – mruknął Mike.
-Nic trudnego. Dziś musisz wybrać się do Mesy. Resztę wskazówek znajdziesz na tamtejszym parkingu. Spotkasz tam Jamesa. Wytłumaczy ci, co robić – wyjaśnił. Michael pokiwał głową i wyszedł, śledzony spojrzeniem Dave’a.
-Jeszcze jedno! – zawołał Oldman. Celaya odwrócił się i spojrzał na zleceniodawcę. – Jeden nieostrożny ruch i być może nie zobaczysz już swojej córeczki.
Mike zacisnął szczęki i wyszedł trzaskając drzwiami. Nie zobaczy Chanel jeśli zrobi coś źle.



Ian zniknął zanim Justin zdążył się obudzić. Jennifer siedziała na swoim łóżku. Powiedzieć mu czy nie? Jego reakcja była wiadoma. Wścieknie się. Nie lubił Iana od początku. Za co? Za to, że śledził Chanel. Nie pałał także sympatią do ojca ukochanej. Cóż… Jennifer sama go nie lubiła. Celaya był podejrzany, dziwnie się zachowywał. Do tego zadawał się z… jakąś mafią. To jest myśl! A może poszukać jakichś informacji w Internecie?
Włączyła przeglądarkę na telefonie. Trochę za wolno chodził, ale zawsze coś. Zaczęła szukać, szperać, grzebać. Zebrała sporo informacji, ale to wciąż za mało. Wszyscy byli bezsilni. Policja nie mogła niczego zrobić. Jeśli Michael z nimi współpracuje… Cholera!
-Jenny? Nie spałaś? – usłyszała zaspany głos kuzyna. Podskoczyła i spojrzała na niego. – Co robisz?
Przymrużył oczy i podszedł do niej. Usiadł obok i zajrzał przez jej ramię.
-Co ty, do cholery, kombinujesz?
-To oni! Rozumiesz? Znalazłam! Jeden z nich mnie…
Uniósł pytająco brew. O w mordę! Przecież on o niczym nie wie. Tylko Ian.
-Co cie?
-Chciał zgwałcić – dodała po chwili, wypuszczając powietrze.
-Że co?! Dlaczego mi, kurwa, nic nie powiedziałaś?! Ach. Rozumiem. Ian – warknął, po czym wstał i wszedł do łazienki trzaskając drzwiami. Jennifer zamknęła oczy i ciężko westchnęła, po czym otworzyła je i spojrzała na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Chyba najwyższa pora, aby wyjeżdżać. Czekała ich trudna rozmowa z Chanel.



Michael zatrzymał samochód na wyznaczonym parkingu. Dostrzegł czarnego mercedesa, należącego do Jamesa. Młody mężczyzna ruszył w kierunku Range Rovera. Otworzył przednie drzwi i wsiadł. Uścisnął dłoń Mike’a i podał mu papierową torebkę w jakiej zazwyczaj zapakowany jest zamówiony lunch. Celaya uniósł brew spoglądając pytająco na Jamesa.
-Widzisz ten dom naprzeciw nas? – zapytał Cutler. Michael skinął głową. – Musisz tam pójść. Mieszka tam John Frazer. Jest naszym dłużnikiem. Wisi Robertowi pół miliona. Masz go po prostu zabić. Upozoruj samobójstwo, tak będzie bezpieczniej. W środku – wskazał na torebkę – znajdziesz nóż, który wcześniej zabrałem z jego kuchni oraz rękawiczkę, żeby nie zostały odciski linii papilarnych. Obserwowałem jego dom przez dłuższy czas. Żona z dzieckiem pojechała do rodziny. Jest sam. Idź już.
Celaya wysiadł z samochodu. Zabrał jedną z ulotek leżącą pod progiem, po czym nacisnął dzwonek. Uśmiechnął się zawodowo, gdy otworzył mu czterdziestoletni mężczyzna.
-Dzień dobry. Nazywam się Adrian Young. Reklamuję produkty AGD i RTV. Czy możemy zamienić słówko? – zapytał lekkim tonem. Frazer zbadał go podejrzanym wzrokiem, ale wpuścił do środka.
-Słucham – odezwał się po raz pierwszy. Jego głos był niski i nosowy. Sam Frazer z wyglądu był niewysokim, pucułowatym facetem.
-A więc… - przerwał na chwilę Celaya, zaglądając do ulotki. – Kilka dni temu dostaliśmy dostawę. Przywieziono produkty z najwyższej półki jakościowo. Urządzenia są energooszczędne.
-Mogę zobaczyć? – mruknął Frazer. Michael podał mu ulotkę. Mężczyzna pochylił się nad reklamą. W tym czasie Celaya wyciągnął rękawiczkę. Założył ją na dłoń tak cicho, żeby facet nie usłyszał. Wstał z fotele i dobył nóż z torebki. Podszedł do ofiary i dźgnął ją w brzuch. Z gardła Frazera dobył się głośny krzyk. Mike zakrył jego twarz poduszką i zagłębił ostrze w sercu Johna, po czym pospiesznym krokiem ruszył w stronę drzwi. Zdjął zakrwawioną rękawiczkę i opuścił dom Frazerów. Rozejrzał się dokoła, czy nikt go nie widzi. Przeszedł szybko na drugą stronę i wsiadł do samochodu. James patrzył na niego ze swojego auta. Celaya skinął tylko głową, po czym odjechał w stronę North Scottside.



Siedziałam w salonie, czekając niecierpliwie na wizytę Jennifer i Justina. Bałam się, co mi mogą powiedzieć.
Poderwałam się, słysząc dzwonek do drzwi. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w ich stronę. Przekręciłam klucz w zamku i nacisnęłam klamkę. Kiedy drzwi się otworzyły i ujrzałam Justina… moje serce podskoczyło radośnie.
-Justin… - szepnęłam, przełykając ślinę. Chłopak spojrzał na mnie badawczym wzrokiem, po czym szeroko się uśmiechnął.
-Chanel… tak się o ciebie bałem – odparł równie cicho. Wyciągnął ręce, żeby mnie przytulić, a ja nie wiedziałam, co zrobić. Popatrzyłam na niego trochę przestraszona. Powoli opuścił ramiona. Przepuściłam go do środka. Za nim stała Jennifer, której wcześniej nie zobaczyłam.
-Cześć… Jennifer – powiedziałam ciężko. Dziewczyna uśmiechnęła się i przeszła obok mnie. Wskazałam na nieduży salon. Usiedli na kanapie, rozglądając się dokoła.
-Chciałabyś wrócić do Los Angeles? – zapytała Jenny. Pokiwałam energicznie głową. Marzyłam o tym. – Dobrze. Zacznę może od początku. Od samego. Najlepiej od twojego przyjazdu do Los Angeles.
Jennifer zaczęła długą opowieść, której słuchałam z nieskrywanym zaciekawieniem. Momentami byłam zaskoczona. Justin od czasu do czasu wspomniał coś o naszych tajemniczych spotkaniach. Jednym słowem, powoli przywrócili mi pamięć. Znów czułam się jak prawdziwa, nienafaszerowana morfiną Chanel. Przytuliłam się do Justina. Nie czułam obaw. Wiedziałam, że cholernie mi na nim zależy. W końcu nasze spotkanie to nie przypadek. To przeznaczenie.
-Chcę wrócić. Zabierzcie mnie od taty – odezwałam się w końcu. Justin trzymał mnie w ramionach nie mając zamiaru wypuścić.
-To nie takie proste, Chan. Mamy jeszcze jeden duży problem. Nie wspomniałam ci o nim…
-A więc… na co czekasz? – ponagliłam.
-Nie wiem… to chyba nie… - zająknęła się.
-Jennifer, jesteś moją przyjaciółką czy nie? Mówimy sobie o wszystkim, pamiętasz?
-To dotyczy twojego taty – powiedziała ściszonym głosem. – Odkryłam coś… hm… drastycznego? To chyba odpowiednie słowo. Wiem, że zaboli cię to, co teraz powiem, dlatego nie jestem pewna.
-Ja też coś odkryłam, ale to za chwilę. A teraz mów. Nie jestem pewna, kiedy tata wróci.
-Dobrze, więc… wczoraj śledziłam twojego ojca. Dotarłam pod jakiś domek i jeśli się nie mylę, mieści się on na terenie North Scottside. Kiedy twój tata wszedł do środka, ja zakradłam się pod okno, chcąc podsłuchać rozmowę. W salonie był szef popularnego gangu mafijnego w Phoenix, pochodzącego z Meksyku. Nazywa się Robert Oldman. Miał przy sobie dwóch ochroniarzy. Jeden z nich to Dave. Ten drugi nie wiem. Oldman dał coś twojemu ojcu. Wywnioskowałam, że to pieniądze. Dziś coś mnie tknęło, żeby poczytać o tym gangu. No i dowiedziałam się, że twój tata… pracuje dla Oldmana – zakończyła. Poczułam, że brakuje mi tlenu. Mój tata… gangsterem? Ten dobry, kochany człowiek? Nie wierzę! Nie mogę!
-Chanel, oddychaj głęboko – rzekł Justina, potrząsając mnie za ramiona. – Kochanie.
Zamknęłam oczy, czując kłujące łzy pod powiekami. Dwie z nich spłynęły po moim policzku.
-Chodźcie ze mną. Coś wam muszę pokazać – odezwałam się z trudem. Zaprowadziłam ich do gabinetu taty. Drzwi były zamknięte, ale znałam miejsce, gdzie chował klucz. W kwiatku stojącym obok. Odnalazłam klucz i otworzyłam drzwi, wprowadzając przyjaciół do środka. Podeszłam do biurka i odsunęłam szufladę, wyciągając teczkę podpisaną imieniem i nazwiskiem mojej mamy.
-Wiecie co to jest? – zapytałam po chwili. Pokręcili głowami. – Wszystko o mojej mamie. Rozprawy rozwodowe, odzyskanie praw rodzicielskich i… - wzięłam głęboki wdech – jej śmierć.
Jennifer uniosła brew. Po chwili w jej oczach zauważyłam dziwny błysk.
-Myślisz… myślisz, że twój tata?




LOLLY


Od aut.:Zadam Wam jedno, proste pytanie. Proszę, odpowiedzcie na nie w sondzie. Dla Was to sekunda, dla mnie ważna informacja. Dziękuję.

LINK DO SONDY -> <klik>



27.04.2014 o godz. 19:11

Rozdział 11


W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca.



Jennifer wiedziała, że Justin śpi, zmęczony nocną zmianą, ale nie odwiodło jej to od pomysłu zadzwonienia do kuzyna. Odebrał po pięciu sygnałach.
-Jennifer.. Czy coś się stało? – zapytał zachrypniętym głosem.
-Tak. Słuchaj. Wiem, że jesteś zmęczony i w ogóle, ale musimy znaleźć inny hotel, dobrze? Dałbyś radę to załatwić?
-Dlaczego? – zdziwił się.
-Wytłumaczę ci to innym razem, dobrze? Obiecuję – odparła.
-Kiedy się wyprowadzamy?
-Najlepiej od razu – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Rozległ się dzwonek. Spojrzała na wyświetlacz. Ian. Bez wahania odrzuciła połączenie. Ale mężczyzna najwyraźniej nie miał zamiaru się poddać. Bardzo wkurzona, odebrała.
-Czego chcesz? – zapytała.
-Porozmawiać. Jenny, daj mi szansę. Ja… nie wiem, dlaczego tak powiedziałem. Uwierz, nie chciałem tego zrobić. Zrozum, że ja się po prostu o ciebie martwię. Nie chcę, żeby ci się coś stało…
-Jakie to urocze – odparła.
-Naprawdę?
-Nie! Przestań do mnie dzwonić! Mam cię dość! Nie chcę mieć z tobą już nic wspólnego, czy to jasne?! – warknęła.
-Jasne – mruknął smutnym, przybitym głosem.
-Jeszcze jedno – dodała.
-Tak?
Wciąż miał nadzieję, że coś się zmieni.
-Wyjedź z Phoenix. Najlepiej jeszcze dzisiaj – powiedziała i się rozłączyła, po czym wyłączyła telefon. Odłożyła go na siedzenie i oparła głowę o kierownicę. To nie tak miało się skończyć…



Justin pozbierał wszystkie rzeczy swoje i Jennifer, po czym wyszedł. Był bardzo zmęczony, ale dla kuzynki zrobi wszystko. Męczyło go jedno pytanie. Dlaczego Jennifer zdecydowała się wynieść z tego hotelu? Co też ten Ian zrobił? Narozrabiał, na to wyglądało. Justin od początku czuł, że będą z nim niemałe kłopoty. Miał rację. Idiota. Co on sobie myślał? Po cholerę jechał za Jenny do Phoenix? Już on się o to postara, żeby Somerhalder nie dostał już nigdzie pracy.



Otarłam łzy. Film był tak bardzo poruszający, że wszyscy, którzy byli w sali kinowej ze mną, płakali. Nie przypuszczałam, że Justin jest tak fantastycznym młodym człowiekiem. Wciąż nie mogłam sobie przypomnieć, czy rzeczywiście był moim przyjacielem. Dlaczego mój tata mi to zrobił? Co źle czynię? Chcę po prostu odzyskać przyjaciół, wrócić do los Angeles i… dowiedzieć się, jak naprawdę zginęła mama. Nie chce mi się wierzyć, że popełniła samobójstwa. Dlaczego miałaby to zrobić? Walczyła o prawa rodzicielskie i rozwód. Chciała, żebym została z nią… nie dożyła tego momentu. Tata jej na to nie pozwolił. Chwila! Tata nie pozwolił jej odzyskać praw rodzicielskich i nie zgodził się na rozwód. Mój Boże!



Ian stał przed kinem, czekając na Chanel. Długo nie wychodziła. Dostrzegł ją w tłumie zwariowanych nastolatek. Rozmawiała z kimś. Obserwował uważnie każdy ruch dziewczyny. Jennifer kazała mu wyjechać z Phoenix, ale nie mógł tak po prostu zostawić tego wszystkiego. Nie potrafił zostawić Jennifer. To wszystko za daleko się posunęło. Za bardzo się zaangażował. To jego jedyna szansa, aby odzyskać Jennifer. Jeśli ją zmarnuje, nigdy sobie nie wybaczy. Wiedział bowiem, że nigdy nie będzie mu dane poznać równie wspaniałej kobiety.



Powoli, razem z innymi opuściłam salę kinową. Zaczepiła mnie jedna z dziewczyn.
-Cześć. Ty też beliebers? – zapytała. Beliebers? Czy to fanki Justina.
-Nie. Ale film był fantastyczny. Cieszę się, że go obejrzałam – wyjaśniłam.
-A tak w ogóle jestem Acacia – przedstawiła się.
-Miło mi. Chanel – odparłam.
-Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, prawda?
-Tak. Niedawno tu przyjechałam. Jestem nowa.
-Do jakiej szkoły będziesz chodzić po wakacjach? – dopytywała.
-Jeszcze nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym.
-Chodź do Mcalpine. Ja tam chodzę – podsunęła, uśmiechając się.
-Chętnie. Dzięki za propozycję. Ty jesteś beliebers, tak?
-Tak. Od czterech lat – wyjaśniła. – Kocham Justina i robię mu spam na Twitterze, żeby mnie wreszcie zaobserwował.
-Serio? Aż tak bardzo ci na tym zależy?
-Nawet nie wiesz, jak bardzo – powiedziała, wzdychając z rezygnacją.
-Załatwię ci to – uśmiechnęłam się.
-CO?! Jak to?
-Znam Justina. Przyjaźnimy się.
Acacia zamrugała kilkakrotnie powiekami, nie dowierzając moim słowom.
-To żart? Powiedz mi, że to…
-Nie. To prawda. Przyjdź do mnie. Dziś.
-Mogę teraz?
-Jasne. Chodźmy – odpowiedziałam.



Jennifer postukała palcami w kierownicę. Włączyła telefon. Nieodebrane połączenie od Justina. Szybko wybrała jego numer i oddzwoniła.
-Słucham? – powiedział. Słyszała szum, domyśliła się więc, że Justin jedzie samochodem.
-Załatwiłeś, prawda?
-Tak. Właśnie znalazłem całkiem przytulny i spokojny hotel. Myślę, że ci się spodoba.
-Na pewno. Pogadamy jak przyjedziesz. Teraz odpocznij, a ja idę coś zjeść.
-Dobra. Do zobaczenia.
Odłożyła telefon i wysiadła z samochodu. Ruszyła w stronę budki z fast foodami. Nie było to wymarzone śniadanie, ale zawsze coś. Zamówiła hamburgera z frytkami i dietetyczną colą. Czekała niecałe pięć minut. Usiadła na ławce pod drzewem. Nie chciałam wychodzić na słońce. W Phoenix zawsze było gorąco, nie licząc dni, gdy padał deszcz. Wtedy miasto zmieniało się nie do poznania. Szare chmury przysnuwały firmament, nie dopuszczając promieni słonecznych. Błyskawice przecinały niebo. Otrząsnęła się z rozmyślań o deszczowym Phoenix. Powoli skonsumowała posiłek. Wstała z ławki, wyrzuciła papierki do kosza i zaczęła powoli spacerować, aby rozprostować kości. Nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że jej życie obróci się o 180 stopni. Wybór. Czy go miała? Czy kiedykolwiek życie pozwoliło jej dokonać wyboru? Nie. Decydowało za nią…
Nagle przed domem Chan zatrzymała się taksówka. Wysiadła z niej jej przyjaciółka razem z jakąś dziewczyną. Jennifer przypatrzyła się im uważnie. Wyglądały na zajęte rozmową. Wytężyła słuch. Usłyszała, że mówią coś o Justinie. Co to może oznaczać? Czy Chanel zna Justina? Przypomniała sobie coś? Nagle wzrok Chan powędrował w stronę Jenny. Dziewczyna przystanęła. Jej koleżanka obserwowała obie przyjaciółki, ale tylko Jennifer o tym wiedziała. Chanel niczego sobie nie przypomniała…
-Czy my się znamy? – zwróciła się do Jenny. Dziewczynie zabrakło tchu. A może jednak? – Wydaje mi się, że skądś panią znam.
-Jestem Jen… - zaczęła, nagle urywając.
-Tak?
Zrobiła dwa kroki do przodu.
-Jennifer – westchnęła.
-Jennifer – wyszeptała Chanel. Serce Jennifer załomotało radośnie w piersi. – To ty do mnie dzwoniłaś, tak?
-Tak, Chanel. Jestem twoją przyjaciółką z Los Angeles. Wiem, że mnie nie pamiętasz…
-Skąd wiesz? – zrobiła się podejrzliwa.
-Twój tata… on…
-Kontynuuj – dodała.
-Podał ci morfinę. Trzeci raz. Chciał, żebyś o wszystkim zapomniała. Wywiózł cię, żebym nie mogła ci przywrócić pamięci. Justin i ja…
-Justin?
-Tak. Justin to mój kuzyn, pamiętasz? Chcemy ci pomóc, Chan. Tylko musisz nam na to pozwolić… On… bardzo cierpi. Chciałby się z tobą zobaczyć. Tęskni za tobą. W życiu nie widziałam go tak przybitego… - mówiła Jennifer. Miała nadzieję, że teraz wszystko ułoży się po jej myśli. Boże, niech Chanel się do mnie przekona, niech uwierzy moim słowom – błagała w myślach.
-Ja… ja nie wiem co mam o tym myśleć – odrzekła speszona.
-Przepraszam, Chanel. Nie powinnam…
-Nie. Chcę wiedzieć wszystko. Spotkajmy się wieczorem. Mojego taty dziś nie będzie. Przyjedź.
Nie mogła uwierzyć, że poszło tak gładko.
-Z Justinem – dodała, po czym zniknęła w domu. Jennifer odetchnęła z ulgą. Wróciła do samochodu i odpaliła silnik. Musiała czym prędzej jechać do Justina. W między czasie zadzwoniła do kuzyna i spytała o hotel. Dotarła pół godziny później. Wpadła do pokoju, gdzie spał Justin.
-Jennifer! Zwariowałaś – wymruczał sennie.
-Mam dobrą wiadomość. Nie uwierzysz, co się właśnie stało. Mamy kolosalny postęp w sprawie – zawołała radośnie.
-Jak to? – zapytał.
-Spotkałam Chanel. Rozmawiałyśmy. Idziemy do niej wieczorem, Justin. Zobaczysz Chan – pisnęła z podekscytowania.
-Żartujesz? – zapytał niedowierzając słowom kuzynki. Zerwał się z łóżka.
-Nie. Naprawdę. Śpij, musisz się wyspać porządnie.
-Coś ty! Teraz za żadne skarby świata nie zasnę. Jesteś wspaniała, Jenny – powiedział. Przytulił uradowaną kuzynkę. – Ale nie powiedziałaś mi, dlaczego tak nagle zmieniliśmy hotel. To ma coś wspólnego z Ianem, zgadłem?
-Tak. Zdenerwował mnie. Mam dość jego zachowania i humorów.
-Cieszę się, że wreszcie to do ciebie dotarło. Nie przejmuj się nim. To zwykły dupek.
-Może dla ciebie, Juss, ale dla mnie to ktoś więcej, nawet po tym, co zrobił. Nie potrafię o nim zapomnieć – szepnęła. Cała dotychczasowa radość opuściła ją równie szybko.
-Nie warto, Jenny. Nie warto.



Ian schował twarz w dłoniach. Stał w drzwiach pokoju hotelowego, gdzie jeszcze wczoraj spędził noc z Jennifer. Omal jej wtedy nie pocałował. Czy to coś by zmieniło? Ale już wiedział, że ją stracił. Stracił bezpowrotnie. Nie pozostało mu nic innego jak wynieść się i wyjechać z Phoenix. Wrócić do Los Angeles, zapomnieć o swojej miłości i zacząc żyć od nowa. Jeszcze kogoś pozna. Zakocha się. Tylko to już nie będzie to samo, co z Jenny. To ona była tą jedyną. Już to wiedział. Wiedział od początku, ale każda spędzona razem sekunda tylko go w tym utwierdzała.
Pozbierał swoje rzeczy i wyszedł. Klucz zostawił w recepcji, zapłacił i opuścił hotel. Wrzucił torbę do samochodu. Pozostała tylko jedna opcja…



Jennifer leżała na łóżku, wpatrując się w sufit. Justin spał na łóżku obok, cicho pochrapując. Po pół godzinie szczęścia, zasnął.
Podłożyła ręce pod kark. Przypomniała sobie wczorajszy wieczór, kiedy przytulała się z Ianem. Z jego ciała bił żar, mięśnie był napięte. Wyglądało to tak, jakby był bardzo zestresowany. Zamknęła oczy i odtworzyła ten moment w wyobraźni. Cicho westchnęła. To już nigdy się nie powtórzy.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Powoli wstała i podeszła. Nacisnęła klamkę, odchylając je powoli. Zobaczyła Iana. Jego włosy były rozwiane. Musiał biec, bo ciężko dyszał.
-Ian? – szepnęła.
-Jennifer – powiedział równie cicho. Jak on ją znalazł? – Już nic mnie nie powstrzyma przed tym, co chciałem zrobić.
Pociągnął ją za rękę i namiętnie złączył ich usta.




Od aut.: Pewnie nie tego się spodziewaliście po dłuższej przerwie. Nie podoba mi się, ale ocenę pozostawiam Wam...
11.04.2014 o godz. 12:34

Rozdział 10


Oboje są przekonani, że połączyło ich uczucie nagłe. Piękna jest taka pewność, ale niepewność jeszcze piękniejsza.


Justin siedział naburmuszony w samochodzie. Dlaczego wybrała Somerhaldera, pieprzonego detektywa, którego nawet nie zna! Co ona o nim wie? Nic! Nie wiadomo czy mówi prawdę. A jeśli kłamie? Takiego debila nikt by nie przyjął! Coś jest na rzeczy…



Jennifer leżała na łóżku. Ian podtrzymywał ręcznik z lodem i patrzył na nią uważnie. Dziewczyna wszystko mu opowiedziała. Najgorsze jednak było to, że to nie on ją uratował. A tak bardzo zależało mu, żeby wreszcie go dostrzegła i doceniła.
-Ian? – zapytała.
-Tak?
-Wszystko w porządku?
-To chyba ja powinienem się ciebie zapytać – zaśmiał się nerwowo.
-Ale tak całkiem poważnie. Co tobie?
-Chciałem cię uratować – wyjaśnił, spuszczając speszony wzrok, czerwieniąc się przy tym. Coś podobnego! Ian Somerhalder, mistrz aktorstwa, oblał się rumieńcem i nie potrafi tego ukryć!
-Och, Ian – westchnęła. Położyła mu dłoń na policzku, uśmiechając się. Poczuł mrowienie na twarzy i w okolicy. Żołądek wywrócił fikołka.
-No co? – burknął.
-To takie… urocze – powiedziała.
-Serio?
-Penie! Jesteś kochany! – Powoli podniosła się i objęła go. Jego mięśnie napięły się, gdy delikatnie go dotykała swoim miękkim ciałem. Myślał, że zwariuje. Chciał jak najszybciej wyjść, żeby nie zrobić niczego głupiego. Odsunął ją delikatnie od siebie.
-Naprawdę tak myślisz? – Zajrzał jej głęboko w oczy. Były takie jasne…
-Oczywiście. Twoja kobieta musi być szczęściarą – odrzekła.
-Nie mam dziewczyny.
-Jak to? Dlaczego? – zdziwiła się.
-Wciąż czekam na tą jedyną.
Nie dodał, że rozmowy z kobietami sprawiają mu ogromną trudność. Wstydził się.
-Ooo! Zatem będzie najszczęśliwszą.
Uśmiechnął się szeroko. Tylko ona potrafiła sprawić, by pozbył się maski pokrywającej twarz i był po prostu sobą.



Otworzyłam oczy. Przeciągnęłam się i ziewnęłam. Odrzuciłam kołdrę i wstałam. Zbliżała się dziesiąta. Przetarłam oczy. Pościeliłam łóżko i poszłam do łazienki. Rozczesałam włosy i związałam je w luźnego warkoczyka. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą. Umyłam twarz i zęby, po czym wróciłam do pokoju. W garderobie przebrałam się i ruszyłam w stronę kuchni. Nie było nikogo. Z szafki wyciągnęłam płatki czekoladowe i zalałam je mlekiem. Włączyłam radio, po czym usiadłam przy blacie. Po zjedzeniu umyłam miskę. Do torebki zabrałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyszłam z domu. Na jednej z wielu ulotek odnalazłam numer na taksówkę. Wybrałam go i czekałam.



Jennifer obudziła się jeszcze przed siódmą. Ian smacznie spał w fotelu. Podeszła i szturchnęła go w pierś. Wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem i spał dalej.
-Ian? – zapytała cicho, ciągnąc go za umięśnione ramię. Odtrącił ją. Westchnęła. Ruszyła w stronę łazienki. Zmoczyła dłoń w wodzie i wróciła. Stanęła nad mężczyzną z chytrym, tryumfalnym uśmiechem. Spryskała go kroplami cieczy. Zerwał się gwałtownie, wpadając prosto na nią. O mało jej nie przewrócił. Złapał Jennifer w pasie, pomagając jej utrzymać się w pionie.
-Co się…?!
-Cii… - uspokoiła go. Siadaj. Po prostu cię obudziłam.
-Dlaczego mnie ochlapałaś? – zapytał z nieukrywanym wyrzutem.
-Próbowałam wszystkich sposobów.
-Wszystkich? – Uniósł brew. Zaświtała mu pewna myśl w głowie. Skoro wszystkich, to czy…
-Ciesz się, że nie nalałam do szklanki – mruknęła. Prychnął. – Pięć minut i jedziemy. Justin jajo zniesie.
Zaśmiał się pod nosem.
-Chciałbym to widzieć.
Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie. Wyminął ją i zamknął się w łazience. Wyszedł kilka minut później. Przerzuciła torebkę przez ramię i ruszyła do wyjścia. Ian szedł potulnie za nią. Zostawili kluczyk w recepcji, po czym ruszyli w stron parkingu. Jennifer, nie oglądając się za Ianem, wsiadła do porsche i ruszyła z piskiem opon. Ian był wkurzający. Potrafił dobić człowieka, ale było w nim też coś przyciągającego. Jennifer sama nie wiedziała, dlaczego wybrała wczoraj jego, faceta, którego znała od dwóch dni, zamiast kuzyna będącego dla niej jak brat. Nie mogła dojść do porozumienia ze swoim sercem. Rozum podpowiadał jej co innego, serce znów miało swoje zdanie. I dlatego nie potrafiła się zdecydować. A przecież słucha się głosu serca…



Ian zdenerwował się dziwnym zachowaniem Jenny. Wczoraj była całkiem w porządku, uśmiechała się, mimo strasznych przeżyć. A dziś… złościła się od samego rana. Nastolatki… Nie powinien plątać się w tę całą sprawę. nie jego interes, ale z drugiej strony nie potrafił zostawić tego w spokoju. Powód był tylko jeden. Jennifer… Coraz bardziej ją lubił. Była inteligentna i co najważniejsze piękna. Intrygował go jej odmienny charakter i humorzastość, aczkolwiek czasami go to po prostu wkurzało. Jednakże nie mógł odejść. Nie zostawiłby jej. Nie umie. Za daleko to wszystko zaszło, aby teraz się wycofać. Nie może…



Ian był specyficznym człowiekiem. Trudno było cokolwiek wyczytać z jego twarzy. Przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Pierwszy raz widziała, jak się uśmiecha. Pierwszy i pewnie ostatni. Teraz wszystko się zmieni. Zmieni się Jennifer, Justin, Chan, Ian i ich życie. Staną przed wyborem. Będą musieli go dokonać. Czy wybiorą dobrze? Nigdy już nie będzie tak samo. Jenny już nie będzie tą szczęśliwą, bogatą nastolatką. Od tej pory jest młodą kobietą. A Ian… On rzecz jasna jest mężczyzną, ale jakim… Nie chce pokazać kim naprawdę jest, choć przy Jennifer trochę zmiękł. Zauważyła to wyraźnie. Miała czas, by pomyśleć. Obserwowała go w wolnych chwilach. Przy Justinie był naburmuszony, gderliwy i spięty. Z kolei kiedy był wśród innych ludzi nakładał maskę i ukrywał swoje ja. Tylko przy Jennifer pokazywał kim naprawdę jest… Miłym, wesołym facetem, lubiącym żartować, ale i nieśmiałym. Czerwienił się, czego wcześniej nie zauważyła. Czy jej obecność tak na niego działa?
Zobaczyła samochód Justina. Przystanęła na poboczu i wysiadła. Ian był tuż za nią, ale nie obejrzała się. Otworzyła drzwi do samochodu Justina. Od razu rzuciły się jej cienie pod oczami kuzyna i zmęczony wyraz twarzy. Ledwie się trzymał. Jego oczy prawie się zamykały. Spojrzał na nią nieprzytomnie i tak jakby nieobecnie. Na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech wdzięczności. Pokiwał tylko głową. Jennifer wzięła aparat i lornetkę, po czym wróciła do siebie. Justin odjechał szybko w stronę, z której przed chwilą przyjechali. Czuła na sobie wzrok Iana. Przełknęła ślinę. Co on w sobie ma takiego, że przyciąga jak magnez? Rany…



Ian podrapał się po karku. Uważnie obserwował delikatne ruchy jej ciała. Biodra dziewczyny kołysały się podczas gdy chodziła, a jej piersi lekko falowały. Westchnął ciężko. Była idealna. Idealna kobieta dla idealnego mężczyzny, którym on nie był. Wiedział, że nie ma u niej najmniejszych szans. Nie pasował do jej środowiska. Miał dwadzieścia osiem lat, a ona pewnie osiem mniej. Duża różnica wieku też miała znaczenie. Był pewny, że ma chłopaka, a po za tym dużo młodszego. Nie gustuje w starszych mężczyznach, więc nie ma na co liczyć. Przytłoczyła go ta myśl. Zrobiło mu się ciężko na sercu, ale mimo to nie oderwał od niej wzroku nawet na krótką chwilę. Obserwował jej każdy, nawet najmniejszy ruch. Zacisnął zęby i przesunął ręką po twardej szczęce. To nic nie znaczy. Da sobie spokój, tak będzie lepiej.



Taksówka podjechała pod dom. Uśmiechnęłam się wesoło do kierowcy i wsiadłam do środka.
-Do centrum Phoenix – powiedziałam. Nareszcie. Tak długo marzyłam o tym, żeby znaleźć się na zewnątrz i pojechać jak najdalej od domu. Źle się w nim czułam po tym, czego się dowiedziałam. Moja mama…
Tak bardzo chciałabym ją zobaczyć, chociaż przez kilka sekund. Zbawiennych sekund! To byłoby najlepszym prezentem jaki chciałabym otrzymać.
Potrzebowałam jej, szczególnie w tym okresie.
Taksówka ruszyła z miejsca. Minęła żółte porsche. Skądś znam ten kolor… Niestety nie udało mi się dostrzec kierowcy.



Ian dostrzegł Chanel wychodzącą z domu. Dał znak Jennifer. Po kilku minutach nadjechała taksówka i zabrała Chanel do centrum Phoenix. Ian pojechał za nimi. Nagle rozległ się dzwonek jego telefonu. Niechętnie odebrał.
-Słucham – mruknął.
-Co ty sobie wyobrażasz?! – warknęła.
-Ale o co ci chodzi?! – zapytał równie rozzłoszczony.
-Ja chciałam jechać! – powiedziała urażona.
-Wiesz, co było wczoraj… - wtrącił.
-Stul dziób! Co z tego? To już przeszłość, czaisz? Teraz mamy inny dzień, inną sprawę. Przecież nie śledzimy Michaela! – wrzasnęła.
-Zamknij się suko! – krzyknął. Po drugiej stronie zaległa cisza. Gorzko pożałował swoich słów. – Ja… przepraszam Jennifer. Nie chcia…
Nie zdążył dokończyć, bowiem usłyszał dźwięk oznaczający koniec rozmowy. Rzucił telefon na siedzenie obok i położył dłoń na czole. Boże! Dlaczego nie potrafi zapanować nad emocjami i swoim słownictwem?



Do jej oczu napłynęły łzy, rzewnie spływając po policzkach, coraz bardziej wilgotnych. W głowie miała tylko jedno słowo. S U K A. Nazwał ją suką. Była dla niego nikim. Wiedziała, że tak to się skończy. Jak mogła być tak głupia i mu wierzyć? Wyciągnęła ze schowka pudełko chusteczek. Już po chwili znaczna jego część została zużyta, a łzy nadal płynęły. Zaczęła szlochać. Nie mogła złapać oddechu. Nigdy nie płakała. Nigdy. Nigdy też nie zranił jej żaden mężczyzna. Nikt nie nazwał jej suką. Nawet głupi James z liceum. Nie lubił jej, a ona jego. Przynajmniej nie powiedział do niej brzydko. Jednak prawdopodobnie nie zabolałoby to tak bardzo, jak usłyszenie tego z ust Iana, mężczyzny, dla którego Jennifer gotowa była się poświęcić. Od tej strony jeszcze go nie znała. I nie chciała poznać. To koniec. Koniec z Ianem. Czas zacząć działać na własną rękę.



Zatrzymaliśmy się przed kinem. Zerknęłam na reklamę. Justin Bieber’s Believe. Kto by pomyślał… Było trzy dni po oficjalnej premierze. Co mi tam. Zobaczę, może czegoś się dowiem o Justinie. Podeszłam do kasy i kupiłam bilet. Miałam piętnaście minut czasu. Dokupiłam popcorn i usiadłam przy kolumnie na ławce obitej skórą. Czekałam, jedząc powoli prażoną kukurydzę.
-Justin Bieber’s Belive, sala nr 5 – usłyszałam za sobą. Tłum piszczących dziewczyn rzucił się w tamtą stronę. Przewróciłam oczami. To już jest lekka przesada – pomyślałam marszcząc brwi. Poszłam w stronę sali nr 5. Usiadłam w środkowym rzędzie, obserwując uważnie wszystkie fanki Justina, które zajęły pierwsze cztery rzędy. Byłam bardzo zaskoczona. Dużo ich przyszło. Więcej osób niż z mojej klasy liceum w San Francisco.
Film się zaczął…




Kocham ten gif <3


Od aut.: Jesteście najukochańszymi czytelnikami jakich mogłabym sobie kiedykolwiek wymarzyć. Kocham Was i Wasze niesamowite komentarze pobudzające do dalszej pracy.
Dzisiejszy rozdział stanowią w większości przemyślenia Iana i Jennifer.
PYTANIE: Czy Jennifer i Ian jednak się do siebie zbliżą?
22.03.2014 o godz. 15:22

Rozdział 9

Miłość jest czekaniem na szelesty, listy, na pukanie do drzwi.


Przeczesał ręką włosy. Stary chevrolet stał na tyłach hotelu. lepszego samochodu niestety nie było. Podrzucił kluczyki w dłoni. Pomaszerował w stronę wozu. Przekręcił je w zamku. Zaklinował się. pociągnął z całej siły. Drzwi otworzyły się. Chłopak wsiadł do auta. Odpalił silnik. Za głośno warczał. Westchnął z rezygnacją. Same wady. Przynajmniej nie będzie się rzucał w oczy. Ruszył do wyjazdu. skręcił w główną ulicę. W jego głowie świtała tylko jedna myśl: odzyskać Chanel.



Ubrałam piżamę i położyłam się na łóżku. Pogładziłam satynową pościel, oddychając głęboko. Cóż... Po dzisiejszym dniu byłam pewna, że do Los Angeles nie pojedziemy już nigdy. Nigdy też nie zobaczę moich przyjaciół, Justina i Jennifer, którzy jako jedyne osoby, mogli pomóc mi w przypomnieniu sobie wydarzeń. Przynajmniej wiem, że moja mama nie żyje i, że tata okłamywał mnie przez całe życie. Przykre, ale prawdziwe...



Jennifer obserwowała uważnie dom Michaela i Chan. Czekała na cokolwiek dziwnego, ale wszystko wydawało się normalne. No właśnie. Wydawało. Trzymając lornetkę w jednej ręce i aparat w drugiej, poczuła znużenie. Przymknęła na chwilę oczy. Wspaniale byłoby położyć się w ciepłym łóżku i zasnąć. Ian miał lepiej. Głupi zawsze ma szczęście. Eh... początkowo całokształt planu zdawał się znacznie łatwiejszy. Teraz pozostał strach i obawa przed kolejnym dniem. To, co wydarzy się jutro może mieć ogromny wpływ na ich życie. Od tego zależało będzie, czy odzyskają Chan, czy też nie. A jeśli Michael znów ją gdzieś wywiezie? On jest nieobliczalny.
Nagle usłyszała samochód. Otworzyła gwałtownie oczy i wytężyła wzrok. Światła czarnego Range Rovera rozbłysły w ciemności. Auto powoli wyjechało z podjazdu, kierując się na północ. Jennifer odczekała chwilę, po czym ruszyła za nim. starała się zachowywać odpowiedni dystans. Miała nadzieję, że Michael jej nie widzi. Spojrzała na zegarek. Zbliżała się dwudziesta trzecia. Gdzie jest ten Justin? Powinien tu już dawno być i jechać za Michaelem. Cholera! Wszystko się coraz bardziej komplikuje.
Michael nie wyjechał na główną ulicę, jak podejrzewała Jennifer. Zatrzymał się przy starym domku, który z całą pewnością od dawna nie był zamieszkany. Mężczyzna wysiadł z samochodu i wszedł do środka. Dziewczyna zatrzymała swoje auto kawałek dalej, za krzakami. Otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. Podkradła się po cichu do okna, jak się domyśliła, salonu. Nachyliła się bliżej. Dwóch uzbrojonych mężczyzn stało przy facecie siedzącym w fotelu, palącym cygaro. Uśmiechał się do Michaela stojącego przed nim.
-Wystarczy? - spytał ojca Chan, rzucając mu torbę. Celaya zajrzał do środka i po chwili pokiwał głową. - A teraz idź!
Michael posłusznie wykonał polecenie. Jennifer zaczęła żałować, że nie wzięła aparatu.
-Gdzie ja zostawiłam rozum? - zapytała samą siebie. Odpowiedziała jej cisza. Przedzierała się przez ogromne chaszcze. Zbliżając się do drogi, znienacka poczuła coś zimnego na skroni. Przełknęła głośno ślinę, domyśliwszy się, co to jest.
-Pójdziesz z nami.



Justin krążył po uliczce. Nie było ani śladu żółtego porsche, ani czarnego Range Rovera.Jennifer musiała pojechać za nim. Przystanął w miejscu, gdzie zawsze parkowali. Zgasił silnik. Wygrzebał telefon ze schowka i wybrał numer kuzynki. Po kilku sygnałach w włączyła się poczta głosowa. Wściekły odłożył telefon. Nie dość, że pojechała za tym gnojkiem, nic nie mówiąc, to jeszcze nie odbiera telefonu. Zrezygnowany i naburmuszony pilnował domu Chan. Nagle z naprzeciwka błysnęły światła samochodu. Schylił się, gdy dotarło do niego, że to Michael Celaya. Po chwili ponownie zrobiło się ciemno, a Jennifer nigdzie nie było widać. Głupia! Gdzie ona mogła pojechać? Dwukrotnie dzwonił do kuzynki, lecz za każdym razem było to samo. Abonent chwilowo niedostępny. Wybrał więc numer znienawidzonego Somerhaldera.
-Słucham - powiedział zachrypniętym, zaspanym głosem.
-Jest sprawa.
-Ach. Bieber. Co jest? - zapytał.
-Jennifer zniknęła. Pojechał gdzieś za Celayą i nie wróciła - wyjaśnił pospiesznie Justin.
-Do diabła! - warknął. - Będę za chwilę.
Rozłączył się. Juss rzucił telefon na siedzenie. Przez najbliższe piętnaście minut nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Justin czekał na Iana, a po Jennifer nie było ani śladu.



Jeden z mężczyzn zacisnął łapy na jej ręce. Jęknęła z bólu. Pociągnął ją mocno w stronę wejścia do domu. Otworzył drzwi i mocno popchnął ją przed siebie. Dziewczyna upadła na podłogę. pociągnął ją za włosy i spojrzał w twarz.
-Co tu robisz?! - syknął. Poczuła łzy pod powiekami.
-Ja... ja... - zająknęła się.
-Pytam się: Co?! - ryknął. Słone krople wody spłynęły po bladych ze strachu policzkach.
-Co tu się dzieje? - Głos dobiegał z piętra. Spojrzała w tamtą stronę. Na klatce schodowej stał mężczyzna, około pięćdziesięcioletni. - Kim ona jest?
-Jeszcze nie wiemy - odparł wyższy, stojący z boku.
-Suka nie chce nic powiedzieć - dodał drugi.
-Dobrze. Weźcie ją do pokoju - powiedział. dziewczyna podniosła na niego wzrok. Brutalny facet pociągnął ją za ramiona w stronę salonu. - Ostrożnie, Dave.
Burknął coś niezrozumiałego pod nosem. Podniósł Jennifer i posadził w fotelu.
-A więc... - zaczął najstarszy z nich, stawiając przed nią krzesło. - Jak masz na imię?
-Ja... - chciała cokolwiek wydusić, ale wszystko grzęzło jej w gardle.
-Odpowiadaj! - wrzasnął Dave. Jennifer spojrzała na niego przerażona.
-Uspokój się, Dave - westchnął starszy mężczyzna. - Nie bój się. Jestem Robert.
-Anna - skłamała.
-Anna. W porządku. Co tutaj robisz?
-Ja... przepraszam. Znalazłam się tu przypadkiem. Jestem tylko turystką - odparła. zdziwiła się z jaką łatwością przyszło jej kłamstwo.
-Która podsłuchuje?
-Nie, oczywiście, że nie! - zaoponowała. - Zgubiłam się.
-Doprawdy? - Robert uniósł brew.
-Zajmę się nią - mruknął złowieszczo Dave. Chciał pociągnąć dziewczynę, ale ta zaparła się z całych sił. - Chodź, suko!
-Nie, proszę - wyszlochała. Wyrywała się gorączkowo, szukając pomocy u Roberta. Jednak ta nie nadchodziła...



-W którą stronę pojechała? - zapytał Ian. Stali na zewnątrz, naprzeciw siebie, spoglądając wrogo.
-Pojadę jej poszukać - mruknął Justin.
-Nie! Ja jadę! Ty zostajesz - odparł.
-Nie ma mowy - warknął Juss.
-Zamknij mordę, Bieber! Jesteś szczeniak. Nie puszczę cię - powiedział. Justin podszedł bliżej. Miał ochotę zdzielić go po ryju. Prychnął tylko pogardliwie.
-Na północ.
Splunął pod stopy Somerhaldera i wrócił do samochodu. Po chwili Ian jechał już we wskazanym kierunku.
-Pieprzony gnojek - wymruczał sam do siebie.



Ian jechał szybko, nie zwracając uwagi na teren zabudowany i ograniczenie prędkości. Musiał jak najszybciej odnaleźć Jennifer. nagle po lewej mignął mu żółty samochód. Wyhamował gwałtownie i wcisnął wsteczny. Zatrzymał się obok porsche Jenny. Wysiadł z auta. Poprawił kaburę z pistoletem umieszczoną za pasem. Zerknął w stronę domu po przeciwnej stronie i ruszył w jego kierunku. Podszedłszy do drzwi, przyłożył do nich ucho. Słyszał kroki, szloch, krzyki... Była tu! Co oni jej tam robią?! Nacisnął klamkę. Zamknięte...



Wyrwała rękę. Dave, niezrażony, popchnął ją na łóżku. Upadła, ale szybko się podniosła.
-Leż, szmato! - warknął.
-Nie wyzywaj mnie! - odparła wkurzona. Chwycił ją za włosy. - Puszczaj!
-Zamknij się! - wściekł się. Poczuła tępe uderzenie. Przeszyło ją pulsujące gorąco, niczym język ognia liżący ją po policzku. Tego było już za wiele. Pomimo oszałamiającego bólu, oddała Dave'owi. Mężczyzna skrzywił się. Pociągnął jej koszulkę do góry. Miarka się przebrała. Kopnęła go w krocze, po czym zabrała koszulkę i podbiegłą do okna. Otworzywszy je, wyskoczyła. Teraz lęk wysokości nie miał znaczenia. Miała wrażenie nieskończonego spadania do dziury. Wiatr rozwiewał jej włosy. Zacisnęła zęby, czując twardy grunt pod nogami. Bolesne rażenie promieniowało od kości ogonowej po kark. Syknęła. Ruszyła biegiem w prawą stronę. Dziękowała Bogu, że dał jej na tyle siły, aby pokonać lęk wysokości. Biegła ile sił w nogach. Wypadła z lewej strony. W oddali zauważyła swój samochód. Nagle coś zwróciło jej uwagę. Zerknęła w stronę werandy. Ian. Dostrzegł ją w tym samym momencie. Jennifer wskazała na auta zaparkowane w krzakach. Dopadła swoje jednym susem. Naciągnęła koszulkę, otworzyła drzwi i skoczyła do środka. Przekręciła kluczyk w stacyjce i nacisnęła pedał gazu. Słyszała tylko pisk opon. Zerknęła we wsteczne lusterko. Ian jechał za nią, starając się jej dorównać, ale Jenny jeszcze bardziej przyspieszała. Licznik wskazywał nieco ponad 150 km/h. Trochę zwolniła na terenie zabudowanym. Ian ją dogonił. Po chwili dostrzegła samochód Justina. Odetchnęła z ulgą. Zatrzymała się obok. Zobaczyła wściekłą twarz kuzyna.
-Nie złość się - powiedziała, wysiadając.
-Jak mam się nie złościć?! Pojechałaś sama! Martwiłem się - odparł. Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
-Ał! - jęknęła.
-Co? - zapytał z przestrachem.
-Policzek - wyjaśniła. Przyjrzał się uważnie.
-Co się stało?
-Nie chcę o tym teraz mówić - odrzekła.
-Nie. Mogę zostać.
-Nie mam mowy! Wracasz do hotelu!
-Justin ma rację - wtrącił Ian. Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
-Niech wam będzie. - Spojrzała na nich. Obydwaj chcieli z nią jechać. Nie mogła ich też zostawić samych. - Justin, zostaniesz za mnie?
-Jasne - mruknął. Jennifer otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale usłyszała tylko trzaśnięcie drzwiami.
-Przejdzie mu - skwitował Ian. Wsiadł do swojego samochodu. Jennifer ruszyła pierwsza. Tym razem jechała znacznie wolniej. Ian był tuż za nią. Dotarli do hotelu. Mężczyzna czekał na nią obok wejścia. Podszedł do recepcji, wziął klucz i poprosił o szklankę lodu. Pociągnął dziewczynę w stronę windy i poprowadził do pokoju. Kazał jej usiąść na łóżku. po chwili przyszła kobieta z recepcji. Ian wziął od niej szklankę i zniknął na moment w łazience. Wrócił z ręcznikiem w dłoni. Usiadł obok Jennifer i przyłożył do jej policzka. Pisnęła.
-W porządku? - zapytał, ściskając lekko jej rękę.
-Boli - jęknęła.
-Wiem.
Pogłaskał ją po włosach i przyciągnął do siebie.
-Co oni ci zrobili?
-On... on chciał mnie zgwałcić i zabić...




Od aut.: Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zostawicie swoją opinię. Dziękuję za poprzednie komentarze. Kocham Was!
09.03.2014 o godz. 13:31

Wszystkiego najlepszego Justin!

Nadszedł ten dzień. Justin, nasz Justin Bieber, ten chłopak z grzywką, młody 15-latek, kończy dziś 20 lat. To najpiękniejszy dzień w moim życiu. Kocham go całym sercem i zostanę Belieber do samego końca. Będę z nim. Nawet jeśli stoczy się na dno. Pomogę mu się podnieść. Wyciągnę do niego dłoń i powiem: Kocham cię i nic tego nie zmieni. Nawet sprzeciw całego świata. Dziękuję, że jesteś, że tworzysz, że kochasz. Każdy ma swoje chwile słabości. Jesteśmy tylko ludźmi.
Choćby wszyscy się od niego odwrócili, ja zostanę.






Tagi: 02.
01.03.2014 o godz. 15:30

Rozdział 8

Jedynie miłość zdolna jest zespolić żywe istoty tak, by się nawzajem uzupełniały i rozwijały, gdyż tylko ona odwołuje się do tego, co w nich najgłębsze.


Usiadłam na łóżku i podparłam się na jego ramie, spoglądając przez okno. Mama nie żyje, tata kłamie, dziadek jest byłym prezydentem. Co jeszcze? Czy ja naprawdę nie zasłużyłam na normalne życie? Dlaczego akurat mnie to spotkało?
Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam na chwilę oczy. Przywołałam zamazany już obraz mamy. Uśmiechnęła się, patrząc na mnie swoimi niebieskimi oczami. Westchnęłam. Mama zniknęła. I wtedy dotarło do mnie, że kiedyś zniknie na zawsze...
Zabrałam telefon ze stolika nocnego i odważyłam się wyjść do ogrodu. Usiadłam na leżaku, zażywając słonecznej kąpieli. Odblokowałam komórkę. Milion nieodebranych połączeń. Jennifer, nieznane, Jennifer, nieznane, Jennifer, nieznane, Jennifer, Jennifer etc. Przewróciłam oczami. Co znowu za Jennifer? Nie kojarzyłam żadnej. Chociaż nie. Była jedna. Dziewięć lat temu w Atlancie, ale wtedy nie miałam jeszcze telefonu, więc to niemożliwe, żeby posiadała mój aktualny numer. Jednak skoro mam jakąś Jennifer w kontaktach, to muszę ją znać. Może poznałyśmy się na jakimś obozie? Pff... przecież nie byłam na żadnym. Moja mądrość...



Justin przyjrzał się uważniej kuzynce:
-Boję się o nią, Jenny - szepnął. Dziewczyna miała wrażenie, że chłopak płacze.
-Skarbie, nie bój się o nią, tylko jej pomóż - powiedziała. Nie była jednak pewna swoich słów. Sama czuła ogromny, zniewalający i paraliżujący strach. Wszystko, co robiła, robiła automatycznie. Działa jak robot.
-Kiedy będę mógł ją zobaczyć? - zapytał z nadzieją. Biedak. Wpadł.
-Człowieku! Jak ty wytrzymasz bez niej sześć miesięcy?!
-Nie mam pojęcia. Będę tęsknił jak cholera.
Pokręciła głową, uśmiechając się pod nosem. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia.
-Słuchaj. Po pierwsze nie możemy działać pochopnie. Chanel i jej ojciec nie mogą nas zauważyć. Ja mam nocną zmianę, Ian dzienną.
-Ten gnojek? Jak go dorwę, nogi mu z dupy powyrywam! - warknął.
-Stul dziub! Jest z nami! Twoją rolą będzie śledzenie ojca Chan. Ciebie nie zna. Mamy pokój w hotelu. A! Jeszcze jedno. Nie wzbudzaj sensacji, bo spierdolisz sprawę i wpadniemy jak śliwki w kompot. Wszystko jasne? - zapytała.
-Jasne. Gdzie teraz jedziemy?
-Najpierw do hotelu, potem do wypożyczalni samochodów.
-Okej.
Przez resztę drogi żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Pogrążyli się w swoich rozmyślaniach. Jennifer za wszelką cenę chciała uratować przyjaciółkę, a Juss pragnął odzyskać ukochaną.



Dałam sobie spokój z Jennifer. Będzie chciała, to zadzwoni. Pozostała jeszcze kwestia nieznanego. Esemesy ułatwiłyby sprawę. Miałabym jakikolwiek trop, a tak... pozostaje zadzwonić. Spojrzałam na wyświetlacz. Nacisnąć, czy nie?
Przesunęłam palcem.
Wybieranie numeru: Nieznane
Przyłożyłam słuchawkę do ucha. Nic. Już miałam zrezygnować, gdy...



Wszedł pod prysznic, żeby odświeżyć się po długiej podróży. Był bardzo zmęczony. Dla Chan jednak zrobi wszystko i nie będzie spał tyle, ile trzeba. Nagle rozległ się dzwonek jego telefonu. Zakręcił kurek i wyskoczył spod prysznica. Owinął się ręcznikiem w pasie, wycierając dłonie. Podniósł komórkę. To ona!
-Jennifer! To Chanel! Chanel dzwoni! - ryknął uszczęśliwiony. Otworzył drzwi i wypadł z pokoju. Dziewczyna znacznie się ożywiła.
-No odbierz, kretynie! Na co czekasz? - ponagliła. Drżącymi rękoma nacisnął zieloną słuchawkę.
-Tylko się nie zdradź - mruknęła Jenny.
-Ha-halo? - zapytał. Żadnej odpowiedzi. - Halo?
Po drugiej stronie nikt nic nie mówił.
-Hej! Powiedz coś! - oburzył się. Rozłączyła się. Odsunął telefon od ucha i spojrzał na wyświetlacz.
Połączenie zakończone: Chanel
Od razu posmutniał.
-Nic nie powiedziała - stwierdził po chwili i smętnym krokiem wrócił do łazienki.
-Nie martw się Juss! - zawołała za nim kuzynka. Zrobiło jej się szkoda Justina. Kiedy wreszcie zaświeciła mu nadzieja, wszystko się musiało zepsuć.



-Ha-halo? - usłyszałam w słuchawce. Zdziwiłam się, aczkolwiek byłam zadowolona. Chłopak... - Halo?
Świetnie. Zadzwoniłam i teraz nie wiem, co mam powiedzieć. To nie było przemyślane z mojej strony. Powinnam najpierw rozważyć za i przeciw.
-Hej! Powiedz coś.
Ups! Chyba się trochę zirytował moim milczeniem. On wie, kim ja jestem, ale ja nie wiem kim jest on. I co to za sprawiedliwość?
Przerwałam połączenie z braku pomysły do prowadzenia konwersacji z płcią przeciwną. To wszystko coraz bardziej się komplikuje. Zaplątałam się we własnym życiu i teraz nie potrafię odróżnić co jest obłudą, a co prawdą. Czy znajdzie się ktoś, kto mi to wszystko wyjaśni? Las rąk.
Weszłam do domu, żeby się napić. W lodówce znalazłam puszkę coli. Nalałam sobie trochę do szklanki i wrzuciłam trzy kostki lodu. Usiadłam przy blacie, wystukując rytm na szklance i nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Zaczęłam myśleć o chłopaku, do którego zadzwoniłam. Jego głos był znajomy. Wstałam i włączyłam radio.
-Miejsce pierwsze w Top 5 zajmuje Justin Bieber i jego piosenka "Confident" - powiedział facet. Z braku lepszego zajęcia, posłuchałam piosenki. Głos Justina Biebera był zabójczo podobny do głosu w słuchawce. Niech no pomyślę. "Rozmawiałam" z nim nie wiedząc o tym! Tylko skąd, do diabła, ma mój numer? A więc Jennifer i Justin. Skoro mnie znają, muszą sami być za pan brat. Załóżmy, że są moimi przyjaciółmi. Gdzie mogłam ich poznać? Justin, z tego co wiem, mieszka w Los Angeles. Skoro on tam jest, to Jennifer z całą pewnością także. W sumie Bieber jeździ po świecie, ale wątpię, żeby Jennifer robiła to samo. Zatem jest tylko jedno miejsce, gdzie mogliśmy się poznać...



Ian rozejrzał się dokoła po raz enty. Czuł ogromne zmęczenie, a Jennifer jak nie było, tak nie ma. Powoli zmierzchało. Miał ochotę znaleźć się w hotelu. Otrząsnął się. W lusterku dostrzegł światła samochodu. Duże auto minęło go i wjechało na podjazd. Czarny Range Rover. Tylko Michael takim jeździ. Zobaczył mężczyznę. Zmrużył oczy. Facet miał ciemne okulary przeciwsłoneczne na nosie, choć słońca nie było już od dłuższego czasu. Jego ramiona okrywała czarna skórzana kurtka. W lecie? Ian wyciągnął aparat i zrobił kilka zdjęć. Pokaże je Jennifer, chyba że laska wystawiła go do wiatru. W sumie, to by nie było takie dziwne... Nagle zobaczył żółte porsche parkujące za nim. Z samochodu wysiadły dwie zakapturzone postacie. Podeszły bliżej. Jedna wpakowała się do przodu - Jennifer, druga do tyłu - Bieber.
-Poznajcie się oficjalnie - mruknęła, zsuwając kaptur. Obdarzyli się wrogim spojrzeniem.
-Bieber - powiedział Ian.
-Somerhalder - odparł równie niechętnie Justin. Żaden z nich nie pokwapił się, żeby wyciągnąć dłoń.
-Koniec tego - przerwała milczenie. - Co się wydarzyło.
-Michael wrócił do domu, dosłownie przed momentem. Zrobiłem kilka zdjęć. - Podał aparat dziewczynie. Blondynka dokładnie przyjrzała się fotografiom.
-Dziwi mnie ta kurtka w środku lata i okulary o zmroku - odezwała się po chwili.
-Pokaż. - Bieber wyciągnął rękę po aparat. Ian miał nieodpartą ochotę powiedzieć mu, żeby nie zepsuł, ale powstrzymał się. Brunet zwrócił mu kamerę.
-Nie zjem ci go - odparł, po czym opuścił jego samochód. Kątem oka, Somerhalder dostrzegł, że zapalił papierosa. Dzieciak.
-Ej! - warknęła Jennifer. - Nie zapominajcie, że ja tu cały czas jestem. Zostaw mi aparat i jedźcie do hotelu.
-Jedźcie? - Uniósł lewą brew.
-Tak! Ty i Justin. Wypożyczył sobie samochód.
-Dobra - westchnął. Jennifer wzięła aparat i wysiadła.
Godził się na to wszystko tylko ze względu na nią. Gdyby nie ona, nie pozwoliłby Bieberowi nawet tknąć swojego auta.
Szczeniak zajął miejsce pasażera. Zapiął pasy i wyrzucił niedopałek przez okno. Mężczyzna odpalił silnik i ruszył w stronę hotelu.



Tata mnie okłamał! Powiedział, że nie pojedziemy do Los Angeles, a już tam byliśmy! Coś musiało się stać, że zapomniałam o tym, co się wydarzyło. Tata mi musiał coś podać. Wstrzyknął coś! To stąd ten ślad na ramieniu. Tylko co, do cholery, to mogło być? Jakiś środek odurzający. Chwila. Jechaliśmy do Phoenix. Ostatnie, co pamiętam, to wyjazd z San Francisco. Obudziłam się, gdy dojeżdżaliśmy. Już wtedy czułam, że coś jest nie tak. Pamiętam, że chciałam jechać do Los Angeles. Tata się zgodził. A potem tak nagle zmienił zamiary? To nie miałoby sensu. A więc mieszkaliśmy jakiś czas w Mieście Aniołów. Ile? Z San Francisco wyjechaliśmy 19 lipca. Dzisiaj mamy 29 lipiec. A więc byliśmy dziewięć dni. Pewnie bym się nawet nie skapnęła, gdyby nie Justin i Jennifer. Cóż... Przy najbliższej okazji będę musiała im podziękować. To jednak nie wyjaśnia przyczyny, dla której tata coś mi wstrzyknął i przywiózł do Phoenix. Co ja zrobiłam? Jakoś musiałam mu podpaść. Wiedziałam o czymś, czego nie powinnam wiedzieć? Chciał wyprzeć mi to z pamięci. Wiedział też, że Jennifer, jeśli ze wszystkiego jej się spowiadałam, mogła mi potem ją przywrócić. A więc chciał mnie odizolować, abym się nie dowiedziała. Po tym wszystkim mogę tylko powiedzieć, że mój tata to zakłamany dupek...
Nagle do domu wszedł on. Mogłam się spodziewać. Słyszałam jego kroki w korytarzu. Musze stwarzać pozory, bo znów mnie gdzieś wywiezie i zmusi, żebym zapomniała. A ja nie chcę wszystkiego stracić.
-Dobry wieczór, Chanel - powiedział, wchodząc do mojego pokoju. Pocałował mnie w czoło i usiadł obok. - Nie nudziłaś się?
-Nie odparłam.
-Co robiłaś? - drążył.
-Nic ciekawego - mruknęłam.
-Na pewno? - Uniósł brew.
-Na pewno.


Od aut.: Sprawa się trochę pogmatwała. W następnym rozdziale będzie się dużo działo ;) Mam nadzieję, że wam się podoba. Liczę na szczerą opinię.


28.02.2014 o godz. 15:40

Rozdział 7

Miłość prawdziwa zaczyna się wtedy, gdy niczego w zamian nie oczekujesz.


Ręce zaczęły mi drżeć. Zawsze tak się działo, gdy się czym stresowałam lub denerwowałam. Pociągnęłam niepewnie za sznureczek. Maria to moja matka, która według teorii taty uciekła, bo nie potrafiła podołać obowiązkom rodzicielskim. Nie wierzyłam w to. Mama nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
Otworzyłam teczkę. Na wierzchu było zdjęcie mamy. Jest piękną kobietą. Nie dziwię się, że tata ją ubóstwiał. Inteligentna, opiekuńcza, zaradna. Marzenie każdego mężczyzny. Przynajmniej taką ją zapamiętałam. Podniosłam fotografię i odłożyłam ją na biurko. Następnie wyciągnęłam pewną kartkę, której nigdy nie spodziewałabym się ujrzeć. Pozew o rozwód, który złożyła mama trzynaście lat temu. Serce mi podskoczyło. Co to ma znaczyć? Kolejnym dokumentem okazało się wezwanie do sądu na rozprawę rozwodową. Mama chciała rozwodu? Dlaczego? Czy to nie wtedy wyjechaliśmy pierwszy raz?
Potem znalazłam wezwanie do sądu na inną rozprawę. W sprawie opieki nad dzieckiem. Nigdy nie doszło ani do jednej, ani drugiej. Gdy się przeprowadziliśmy pierwszy raz, pewnego dnia przyszedł jakiś facet. To musiało się wiązać z rozprawami, bo następnego dnia już byliśmy gdzie indziej. I tak w kółko. Jeśli mamie tak bardzo na mnie zależało, to gdzie jest teraz? Dlaczego nie walczyła, nigdy nie szukała? A może chciała się mnie wyprzeć? Przecież na tym zależało jej wpływowym rodzicom. Tata mi opowiadał, że nigdy nie chcieli, aby mama z nim była, a tym bardziej, żeby miała dziecko. Skończyło się na tym, że zostałam z tatą, a mama odeszła.
Odłożyłam papiery i wyjęłam gazetę. Przerzuciłam kilka stron. Wydawała się nudna, ale skoro znalazła się w tej teczce, coś musi w niej być. Przekartkowałam następne. W pewnym momencie natknęłam się na artykuł o Marii(Celaya) Clinton. Byłam przerażona. Moja mama... ona nie żyje! Nie żyje od 2001 roku, a ja nic o tym nie wiedziałam! Poczułam piekące łzy pod powiekami. Pozwoliłam im swobodnie spłynąć. To i tak nie ma już znaczenia. Moja mamusia nie żyje! Jak twierdzą media, popełniła samobójstwo w swoim mieszkaniu. Zastrzeliła się...



Na zewnątrz, jak się tego mogła spodziewać, stał detektyw. Wskazała mu siedzenie w samochodzie. Po chwili był już w środku.
-My się jeszcze nie znamy - zaczął. - Ian.
-Jennifer.
-Co tu robisz, Jennifer? - zapytał.
-To samo pytanie mogłabym zadać tobie - odparła.
-No cóż... Może odpowiesz pierwsza? - zaproponował.
-Śledzę ich. Chcę uratować Chanel - powiedziała.
-Przed kim?
-Taki z ciebie detektyw jak ze mnie zakonnica. Przed jej ojcem! Nie wierzę, że nie zdziwiło cię jego zachowanie. Jest tyranem. Skupiłeś się na jego córce, tymczasem trzeba było przyjrzeć się jemu. Zniszczy jej życie albo już to zrobił.
-Sam nie wiem, dlaczego pojechałem. Zdziwiło mnie, że wynosił ją śpiącą. Nawet nie drgnęła.
-Błąd - westchnęła. Co za idiota dał mu tę pracę?! - Wstrzyknął jej morfinę, żeby zapomniała o Los Angeles. Nie wie, kim jestem. Tym bardziej nie pozna Justina.
-Justina?
-Mhm. Biebera - wzruszyła ramionami.
-Biebera? A co on ma z tym wspólnego? - zdziwił się.
-O! Akurat bardzo dużo. Co miłość nie robi z człowiekiem. No i widzisz kochasiu, taki dobry z ciebie detektyw, że nic nie potrafisz wywęszyć - zaszydziła.
-Masz jakiś plam?
-Owszem. Skoro już tu jesteś, podzielimy wartę. Biorę nocną zmianę. Proponuję wynajęcie pokoju w jakimś hotelu. Nie mam zamiaru spać w samochodzie. Dodatkowo musimy śledzić wyrodnego ojca? Damy radę?
-Damy.
-Będzie jeszcze Justin. On zajmie się jej ojcem. Jego przecież nie zna.
-Dobra. Może być - odrzekł.
-Jesteś niezadowolony? Ach! Wiem dlaczego. Czujesz się niedowartościowany, bo to kobieta obmyśliła plan a nie ty? Spoko. Możesz się śmiało wykazać.
Prychnął. Wkurzyła go. I dobrze.
-Jeszcze jedno. Pamiętaj, że złość piękności szkodzi - dodała, puszczając do niego oko. Zaczerwienił się na twarzy. Wysiadł, mówiąc:
-Jadę załatwić pokój.
Nic nie odpowiedziała. Po chwili zobaczyła, jak ojciec Chanel gdzieś jedzie. Schyliła się, żeby jej nie zauważył. Chanel jest sama, ale nie jest dobrym pomysłem tam iść. Dziewczyna musi oswoić się z sytuacją.



Otarłam mokre policzki. Schowałam wszystko do białej teczki, którą włożyłam do szuflady. Tata nic nigdy mi nie powiedział. Zapomniał? Mało prawdopodobne. Coś mi tu śmierdzi. Jestem całkowicie pewna, że mama nie targnęła na swoje życie, a jeśli tak było, to... to musiała zostać zamordowana. Ktoś zabił moją matkę. I teraz pewnie chodzi bezkarnie po ziemi! Jak taki człowiek nie ma wyrzutów! Ja bym nie potrafiła. Sama bym się zgłosiła. A teraz muszę stąd się wydostać zanim wróci tata. Gdzieś powinny być klucze zapasowe. Znalazłam je pod stertą jakichś dokumentów. Otworzyłam drzwi i zamknęłam je ponownie. Klucz oddam przy okazji. Wróciłam do swojego pokoju. Z garderoby zabrałam świeże ubrania. Skierowałam sie do łazienki z zamiarem wzięcia dłuuugiego prysznica. Przemywając ciało kokosowym żelem, poczułam pieczenie na ramieniu. Spłukałam pianę i spojrzałam na rękę. Była na niej mama czerwona plamka. Co ja zrobiłam? Gdzie, jak? Wyglądało ja ślad po igle. Z tego, co pamiętam, nie miałam ostatnio kontaktu ze strzykawkami. Czy jest coś, o czym nie wiem? Muszę się tego wszystkiego dowiedzieć, inaczej nie spocznę.



Kiedy Ian wrócił, dał Jennifer adres hotelu. Dziewczyna pojechała tam z zamiarem wzięcia prysznica i przebrania się. Potem musiała jechać na lotnisko po kuzyna. Zabrała klucze z recepcji i wyjechała windą na trzecie piętro. Pokój 39. Po chwili znalazła się w środku Kroki skierowała w stronę łazienki. Zrzuciła z siebie ubrania i weszła pod strumień orzeźwiającej wody, chłodząc ciało. Westchnęła. Było jej tak przyjemnie, że nie miała ochoty wyjść, ale musiała. Owinęła się ręcznikiem. Umyła zęby, wyczesała, wysuszyła i wyprostowała włosy, po czym wyszła. Ubrała się w bieliznę i wskoczyła pod kołdrę. Musiała się przespać, żeby mieć siłę na nocną wartę. Zasnęła od razu. Obudziła się cztery godziny później, a raczej obudził ją dzwonek telefonu. Odebrała.
-Słucham - wymruczała zaspanym głosem.
-Jenny, gdzie ty do cholery jesteś?! - usłyszała zatroskany głos matki.
-Mamo, nie martw się o mnie. Ze mną wszystko w porządku. Nie wiem kiedy wrócę, naprawdę.
-Powiedz mi przynajmniej gdzie jesteś.
-W Phoenix - odparł niepewnie.
-Co ty tam robisz?
-Posłuchaj mnie. Nie mogę teraz wrócić do domu. To sprawa życia i śmierci - zezłościła się.
-W co ty się wplątałaś, dziecko - jęknęła.
-Muszę kończyć. Na razie - powiedziała.
-Ale Jennifer... - Odłożyła słuchawkę. Wiedziała, że już nie zaśnie. Zaburczało jej w brzuchu. No tak, od wczoraj nic nie jadła. Wstała i pospiesznie się ubrała. Zabrała portfel, klucze, dokumenty, telefon i wyszła, zamykając drzwi na klucz. Oddała go w recepcji i wyszła. Zatrzymała się przy pobliskim McDonald's. Wzięła dwa zestawy, dla siebie i Iana, bo facet też pewnie nic nie jadł. Skierowała się w stronę dzielnicy zamieszkanej przez Chanel i jej ojca. Ian stał niedaleko, drzemał w samochodzie. Wysiadła ze swojego porsche i zapukała w szybę jego auta. Ocknął się, nieprzytomnie rozglądając. Wsiadła od strony pasażera.
-Jestem.
-Długo cię nie było - mruknął. Podała mu jedzenie.
-Wcinaj, pewnie jesteś głodny.
-Bardzo - westchnął. Przegryzł hamburgera, popijając colą. - Dzięki, że o mnie pomyślałaś.
-Tylko z tego względu, że współpracujemy - odparła niechętnie, zajmując się swoim posiłkiem. - Coś się wydarzyło?
-Nie - odrzekł.
-Nie mów z pełną buzią - upomniała go. Machnął tylko ręką. Przełknął i powiedział:
-Niedługo się zmieniamy.
-Jadę jeszcze na lotnisko, zostań trochę dłużej, dobra? - poprosiła.
-Po co tam jedziesz? - zainteresował się.
-Powiedziałabym, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, ale skoro wspólnikami... Jadę po Justina - wyjaśniła. Przechylił głowę i spojrzał na nią zaskoczony.
-Jeszcze jego tu brakuje.
-Ej! To mój kuzyn! A po za tym, to on nam może pomóc najwięcej! - oburzyła się.
-Kuzyn?! I czego się jeszcze dziś dowiem? Może, że jesteś...
-Nawet nie waż się kończyć! - warknęła wściekła. Uniósł ręce w geście poddania.
-Dobra, dobra. Nic nie mówię.
-Jadę - powiedziała ostro. Wysiadła z jego samochodu i przeniosła się do swojego. Nie patrząc za siebie, ruszyła w stronę Airport Marriott na North 44th Street. Jazda zajęła jej pół godziny. Kiedy znalazła się na miejscu, weszła do klimatyzowanego budynku i wyjęła telefon. Wybrała numer Justina. Pierwszy sygnał... drugi... trzeci... czwarty...
-Halo? - usłyszała zachrypnięty głos kuzyna.
-Gdzie jesteś? - zapytała.
-Nad Albuquerque w Nowym Meksyku. Za dwie godziny powinienem być. A co?
-Jestem już na lotnisku. Będę na ciebie czekać - odparła i się rozłączyła. Poszła do kawiarni i zamówiła mocną, czarną kawę bez mleka i cukru. Kupiła gazetę w kiosku i usiadła przy stoliku. Z braku innego zajęcia czytała nudnawe artykuły, wywiady, plotki... Po godzinie zaczęła się wiercić. Ścierpła od bezsensownego siedzenia. Wstała więc z krzesła. Gazetę wyrzuciła do kosza i zaczęła spacerować po budynku. Powoli zaczynała się nudzić. Chciała, żeby Juss już był. Ciekawe, jak mu się udało przekonać Scootera, żeby przesunął wszystko o tydzień. To pewnie nie było łatwe, wręcz niemożliwe. Wyszła na wieżę widokową. Na niebie, w oddali, dostrzegła samolot lecący znad przeciwka. To ten! Nareszcie! Dzięki Bogu! Zbiegła po schodach. W pięć minut dotarła do odprawy i tam czekała na Justina. Dostrzegła go już po chwili. Miał ciemne okulary i kaptur zsunięty nisko. Uśmiechnęła się pod nosem. Chłopak odebrał swoją torbę i ruszył w kierunku Jennifer, machającej do niego. Podszedł do niej i uścisnął ją lekko.
-Dzięki, że przyszłaś - powiedział.
-Chodźmy stąd zanim jakaś Belieber skapnie się, że ty to Bieber - uśmiechnęła się.
-Dobry pomysł - pokiwał głową. Na jego ustach dostrzegła nieznaczny uśmiech.
-Jest dla ciebie zadanie - odezwała się, gdy tylko znaleźli się w samochodzie. Spojrzał na nią pytająco. - Musisz śledzić ojca Chanel.
-Dobra. A masz dla mnie samochód?
-Załatwi się.
-Okej. Co z Chanel? Widziałaś ją?
-Nie, ale czuję, że nie jest dobrze. Jeśli jej nie pomożemy teraz, już nigdy tego nie zrobimy.


Od aut.: Cześć, skarby. Dziękuję Wam z całego serducha! Mam najwspanialszych czytelników, jakich mogłabym kiedykolwiek mieć! Jesteście kochani.


23.02.2014 o godz. 12:31

Rozdział 6

Znalezienie prawdziwej miłości jest warte każdego bólu.


Siedziałam w pokoju na łóżku z podciągniętymi kolanami. Justin odszedł. Zostawił mnie samą.
Otarłam policzki mokre od łez.
Czy wróci? Nie. Nie wróci nigdy.
Moje serce pękło.



Na dole usłyszałam głos Jennifer. Tata musiał ją wpuścić. Nagle drzwi do mojego pokoju otwarły się.
-Cześć, Chan! - zawołała. Zamknęła je i podeszła do mnie. - Chanel, co jest?
Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam twarz.
-Kochanie, ktoś cię skrzywdził?
Żadnej reakcji.
-Chcesz pogadać?
Nic.
-Chanel. Gadaj, jak do ciebie mówię! - zdenerwowała się. - Dobra. Nie, to nie. Wiesz gdzie mieszkam. Nara.
Nawet na nią nie spojrzałam. Przepraszam Jenny, ale naprawdę nie mogę. Właśnie toczę wewnętrzną bitwę między sercem a rozumem. Które wygra? Nie mam pojęcie. Jeśli serce, pójdę do niego. A jeśli rozum... zapomnę.



Wygrało serce...



Znalazłam się przed domem Justina. To się tak nie może skończyć. Nie w taki sposób.
Drzwi otworzyła mi Pattie, jego mama.
-Dzień dobry - odezwałam się.
-Przyszłaś do Justina? Wejdź. Jest u siebie. Pierwsze drzwi z lewej - odrzekła. Skinęłam głową. Poszłam w wyznaczonym kierunku. Po cichu weszłam do środka. Chłopak spał. Podeszłam bliżej. Ostrożnie przysiadłam z boku. Wyciągnęłam rękę i opuszkami palców przesunęłam po jego łagodnych rysach. I wtedy zobaczyłam walizkę. Wyprowadzał się. Łzy napłynęły do moich oczu. Dopiero, co go poznałam, zakochałam się bez pamięci, a on się wyprowadza! Zerwałam się i wybiegłam. Na parterze minęłam zdziwioną Pattie, ale nie przejęłam się nią. Być może niesłusznie...
Szybkim krokiem przemierzałam ulicę. Nagle obok mnie zatrzymał się samochód. Srebrny. To ten palant. Spuścił szybę i zapytał:
-Podrzucić cię, mała?
Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
-Wskakuj.
-Dlaczego? Nie znam cię.
-Ian - przedstawił się. - Somerhalder.
Westchnęłam. Obeszłam auto i wsiadłam.
-Coś się stało?
-Tak. Dużo rzeczy się dzieje - warknęłam.
-Spokojnie, mała.
Prychnęłam. Dotarliśmy do centrum.
-To... gdzie mieszkasz? - zapytał, gdy staliśmy na światłach. Nie wytrzymałam.
-Co jak co, ale ty powinieneś wiedzieć, kretynie! Przecież mnie śledzisz! - wrzasnęłam. Zbaraniał. Zbiłam go tym z pantałyku. Nie miał się jak bronić. - Myślisz, że nie wiem?!
-To moja praca, Chanel. Twój tata mnie zatrudnił.
-Tak? No i czego się dowiedziałeś, co? Niczego, idioto! Wydaje ci się, że jestem głupia i naiwna. Mylisz się, palancie!
Wysiadłam z samochodu i trzasnęłam drzwiami. Proszę bardzo! Niech mówi tacie! Zwisa mi to!
Jak przypuszczałam, dom był pusty. Postanowiłam poczekać na tatę. Ja mu powiem, co myślę. Wyrzucę wszystko. Postawię się. Nie mam zamiaru siedzieć, jakby nic się nie stało.



Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i kroki w holu. Do kuchni wszedł tata.
-Dobry wieczór, Chanel - odezwał się.
-Być może dla ciebie. Musimy porozmawiać - odparłam sucho.
-Możemy kiedy indziej? Jestem bardzo zmęczony.
-Siadaj - warknęłam.
-Jak ty się do mnie odzywasz?! Mało ci, gówniaro?!
-Nie jestem gówniarą! - krzyknęłam. - Wiem wszystko!
Byłam cała nabuzowana. Spojrzał na mnie zaskoczony. Zmarszczył brwi.
-Po cholerę wynająłeś tego detektywa do siedmiu boleści?! Dlaczego podałeś mi morfinę?!I... po co kłamiesz?! Jesteś okrutny! Nienawidzę cię, rozumiesz?! Jesteś najgorszym ojcem!
Poczułam ukłucie. Ciężko stwierdzić, w którym miejscu konkretnie. Zrobiło mi się ciężko. Mroczki wyskoczyły mi przed oczami. Miałam wrażenie, jakbym spadała w przepaść. Chciałam się obudzić...

Stałam nad klifem. Wiatr łomotał w moich uszach. Długie, rozpuszczone włosy powiewały na wietrze niczym flaga. Spojrzałam w dół. Ogromne fale morskie rozbijały się o stromy brzeg. Skoczyć czy nie? Wybrać życie albo śmierć? Co lepsze? Rozłożyłam szeroko ramiona i przychyliłam się do przodu...



Mężczyzna zaniósł nieprzytomną córkę do salonu. Położył ją na kanapie. Miał tylko dziesięć godzin. Spakował swoje rzeczy do walizki i kilka kartonów. Następnie zajął się pokojem Chanel. Dwie godziny później wszystko było przygotowane do wyjazdu. Wrzucił wszystko do bagażnika. Podniósł Chanel i zaniósł do samochodu. Posadził ją z przodu i zapiął pasami. Jej głowa bezwładnie opadła. Obiegł auto i wskoczył za kierownicę.
-Jeszcze mi za to podziękujesz, kochanie - powiedział, ruszając z podjazdu.



Jennifer wyjrzała przez okno w kuchni. Zobaczyła ojca przyjaciółki. Pakował walizki do bagażnika. Wyprowadzali się, a Chanel nie przyszła się pożegnać. Nie! Ona zawsze by przyszła! Coś się musiało stać! On jej coś zrobił! Jenny pobiegła do siebie. Nie może tego tak zostawić. Pospieszni spakowała się do torby podróżnej. Szybko znalazła się na parterze. Zostawiła karteczkę mamie, żeby się nie martwiła. Zabrała kluczyki. Wyszła na zewnątrz. Kawałek dalej majaczyły światła samochodu. Otworzyła garaż. Wyjechała swoim autem i nie zważając na przepisy, dogoniła Chanel i jej ojca. Wyciągnęła telefon i wybrała numer Justina. Odebrał po kilku sygnałach.
-Co jest? - usłyszała jego zaspany głos.
-Gdzie ty jesteś, kretynie? Potrzebuję cię! - powiedziała.
-Nad Atlantykiem, a co? - zapytał.
-Dlaczego?
Widząc zielone światło, ruszyła. Centrum LA było zakorkowane.
-Lecę do Europy. Półroczna trasa - odparł obojętnie.
-Akurat teraz? - jęknęła.
-Co się stało?
-Ojciec Chanel ją wywozi, rozumiesz?! Jadę za nimi.
-Wiesz, gdzie?
-Podejrzewam, że do Phoenix. Swego czasu, Chan coś wspominała...
-Słuchaj, jedź cały czas za nimi. Dasz radę, prawda? Świetnie. Postaram się być tam jak najszybciej - odparł.
-Jasne - mruknęła.
-Dzięki, Jenny. Odwdzięczę ci się, słowo.
Rozłączyłam się. Na moment zniknęli jej z oczu, jednak zaraz potem dostrzegła czarnego Range Rovera. Zerknęła we wsteczne lusterko. Podążała za nią srebrna Alfa Romeo należąca do przystojnego detektywa. Co on, do diabła, wyprawia?!



Otworzyłam oczy. Oślepiło mnie światło słoneczne wpadające przez szybę samochodu. Z dłoni zrobiłam daszek na czole, żeby móc rozejrzeć się po okolicy.
-Jedziemy do Los Angeles? - zapytałam.
-Nie, skarbie. Zdecydowałem, że lepiej nam będzie w Phoenix. Jest świetna pogoda. Spodoba ci się - odparł.
-Myślisz? Może faktycznie masz rację. Ale obiecaj, że mnie tam kiedyś zabierzesz.
-Zobaczymy.
-Gdzie jesteśmy?
-Niedaleko. Chcesz się jeszcze przespać?
-Nie.
-Ciężko było dojechać. Z pięciu i pół godziny zrobiło się siedem. Same korki. Po drodze były dwa wypadki. Na szczęście nic poważnego.
Pokiwałam głową. Czułam się bardzo pusta. Czegoś mi brakowała. Tylko czego? Miałam wrażenie, jakbym gdzieś zostawiła kawałek siebie. Co się ze mną dzieje?!
-Witaj w Phoenix, kochanie - powiedział tata. Uśmiechnęłam się. Zatrzymaliśmy się na podjeździe niedużego domku. Pomogłam tacie zabrać bagaże. Tata wskazał mi mój pokój. Weszłam do środka i westchnęłam. Pomieszczenie było przestronne, z wyjściem na taras. Z boku były jeszcze jedne drzwi. Podeszłam do nich i nacisnęłam klamkę. Zobaczyłam swoją, własną, indywidualną garderobę. W prawdzie trochę zabrakło mi mahoniu, ale przecież to nie koniec świata.



Zatrzymała samochód niedaleko domu, w którym zamieszkali Chanel i jej egoistyczny, impulsywny ojciec. Zadzwonił jej telefon.
-Halo? - zapytała.
-Rozmawiałem z Braunem. Nie ma możliwości - westchnął Justin.
-Ja wam dam nie ma możliwości! Zależy ci na dziewczynie?! - warknęłam.
-Zależy - przytaknął.
-Więc nie bądź dupkiem! Musimy ją odbić, rozumiesz?
-Tak, Jennifer, ale musiałbym przesunąć pięćdziesiąt koncertów, rozumiesz?
-Mam to w dupie, Juss. Jeśli kochasz Chan, będziesz w Phoenix jeszcze dziś wieczorem. Nara - rzuciła. Kretyn! Gdyby to jej tak zależało, nie zawahałaby się nawet przez sekundę. Wygrzebała lornetkę ze schowka, prychając z konsternacją. Nagle rozległo się pukanie do szyby. Odwróciła się gwałtownie...



-I jak? - zapytał tata, wchodząc do mojego pokoju.
-Brakuje mi czegoś - odparłam.
-Czego?
-Mahoniu.
Ukradkiem dostrzegła, że jego usta drgnęły. Dlaczego?
-Coś nie tak?
-Nie, nie. Wszystko w porządku. Zajmij czymś.
Wyszedł, zamykając drzwi. Zaczęłam się rozpakowywać. Nigdzie nie mogłam znaleźć swojego telefonu. Do diabła! Gdzież ja go zawieruszyłam? Odnalazłam gabinet taty. Chciałam się go zapytać czy przypadkiem nie widział mojej komórki. Moje zamiary spełzły na niczym. Gabinet był pusty. Czemu by go tutaj nie poszukać? Może jak raz się znajdzie. Grzebałam po wszystkich meblach, ale niczego nie znalazłam. Podeszłam do biurka. Nagle usłyszałam kroki na korytarzu. Przerażona schowałam się we wnęce biurka. Drzwi otworzyły się Widziałam tylko eleganckie buty taty. Serce łomotało mi jak oszalałe. Miałam wrażenie, że tata to słyszy. Ruszył w kierunku wyjścia. Przypadkowo walnęłam łokciem o szafkę. Zatrzymał się. Powoli podszedł. Moje serce na chwilę stanęło. Zaraz mnie znajdzie i się wścieknie. Wstrzymałam oddech. Po chwili odwrócił się na pięcie i ku mojemu zaskoczeniu wyszedł, zamykając drzwi na klucz. Mimo to, odetchnęłam z ulgą. Na czworaka opuściłam swoją, jak się okazało, bezpieczną kryjówką. Przy okazji uderzyłam się w głowę. Rozmasowałam bolące miejsce, klnąc na wszystkie strony. Usiadłam na czarnym, skórzanym fotelu taty i otworzyłam pierwszą lepszą szufladę. Moja zguba się znalazła. Już miałam wsunąć ją z powrotem, gdy coś przykuło moją uwagę. Leżała tam biała teczka. Na środku widniał napis, który zmroził mi krew w żyłach. Maria Celaya...




Od aut.: Zaskoczone? Mam nadzieję. Dziękuję za komentarze ;)Do następnego.
19.02.2014 o godz. 18:13

Rozdział 5

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.


Nie kryłam zdenerwowania faktem, że śledzi mnie jakiś facet. Oczywiście zachowywał dystans i w ogóle, ale ja wiedziałam i to mnie drażniło. Byłam raczej osobą drażliwą. Każda błahostka potrafiła mnie zdenerwować, a zwłaszcza ograniczenia ze strony taty, które wzbudzały we mnie ducha buntu. Moc dziwnego, że to wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Mówi się, że zawsze masz jakieś wyjście, wybór. Ja go nie miałam.



Wróciłam do domu wczesnym wieczorem. Tata siedział w kuchni.
-Gdzie byłaś? - zapytał szorstko.
-Z przyjaciółką - odparłam.
-Jaką? - dociekał.
-Jennifer. Sąsiadką - wzruszyłam ramionami. Odwróciłam się od niego i nalałam sobie lemoniady do szklanki. Nagle poczułam jego dłonie na swoich rękach. Zacisnął palce.
-Masz kogoś? - wysyczał. Tak, walniętego tatę!
-Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? Jeszcze praktycznie nikogo nie znam, więc jak... - tłumaczyłam się. Jego źrenice się zwężyły, usta zacisnęły w ledwo widoczną kreskę.
-Kłamiesz! - krzyknął. Owszem. Był ktoś...
-Nie, naprawdę! - zaprzeczyłam.
-Nie kłam! - ryknął. Poczułam tylko głuche, tępe uderzenie w twarz. Miałam wrażenie, jakbym dostała łomem, czy czymś takim. Byłam tak oszołomiona, że nic nie słyszałam i nie rozumiałam. Tata mnie uderzył... Zamknęłam oczy i opadłam na podłogę.



Obudziłam się nad ranem. Policzek nie bolał tak bardzo, jak świadomość, że tata... mój tata, którego tak bezgranicznie kochałam i ufałam, okazał się... po prostu mnie uderzył! Wciąż zszokowana, nie ruszyłam się z miejsca.
Rozpłakałam się dopiero, gdy pojechał do pracy. On mnie uderzył! Uderzył mnie! Uderzył! Zastygłam w bezruchu, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Powtarzał się przez cały czas. Nie mając innego wyjścia, zeszłam na parter. Podeszłam do drzwi. W zamku nie było klucza. Doszłam do wniosku, że tata je zamknął. Przemieściłam się do kuchni. Otworzyłam okno. Na werandzie stała młoda kobieta. Trzymała coś w ręce.
-Słucham - zawołałam do niej.
-Dzień dobry - uśmiechnęła się na mój widok. - Myślałam już, że nikogo nie ma.
-Jestem sama. Niech pani chwileczkę poczeka. Zaraz wrócę.
Zamknęłam okno w kuchni i pobiegłam do swojego pokoju. Szybko się przebrałam i wróciłam na dół. Wyszłam na zewnątrz tylnymi drzwiami, prowadzącymi na taras i do ogrodu. Otworzyłam furtę i wpuściłam kobietę.
-Napije się pani czegoś?
-Kawy, jeśli można.
Skinęłam głową, wróciłam do środka i zaparzyłam napój.
-W czym mogę pani pomóc? - zapytałam.
-Jestem Victoria - przedstawiła się. - Mieszkam niedaleko. Zauważyłam, że wprowadzili się nowi sąsiedzi, więc chciałam was poznać.
-Jak miło - zaśmiałam się. - Chanel.
-Och. Zapomniałabym. To dla was. Nic specjalnego... Z przepisu mojej siostry.
-Dziękuję. To wspaniałe z pani strony.
-Nic wielkiego.
Pogadałyśmy jeszcze chwilę, po czym kobieta poszła. Była całkiem miła. Zdziwiło mnie tylko jedno. Przytuliła mnie na pożegnanie. Postanowiłam tego nie roztrząsać.
Ponownie rozległ się dzwonek do drzwi.
-Wchodź przez ogród! - krzyknęłam. Byłam pewna, że to Jenny i się nie pomyliłam.
-Co z tobą? - zapytała. - Nie odbierasz telefonu.
-No i tu leży pies pogrzebany. Nie mam.
-Jak to? Zgubiłaś?
-Niezupełnie.
-Ojciec - stwierdziła. Skinęłam głową. - Dobra, mniejsza z tym. Załatwimy ci nowy. A tak w ogóle, to zauważyłam Tori. Przyszła cię poznać? Fajna z niej babka, nie? Uczy w mojej starej szkole muzyki. Wszyscy ją lubią - odparła.
-No, całkiem spoko.
-Co dzisiaj robimy? - spytała.
-Lepiej nigdzie nie wychodźmy. Ten cały detektyw zaczyna mnie wkurzać. Wiesz co? Chodźmy popływać.
Poszłyśmy do mnie, żeby się przebrać w stroje kąpielowe. Następnie wyszłyśmy na zewnątrz. Związałam włosy w niedbałego koka i wskoczyłam do wody. Była przyjemnie ciepła.
-Wiesz... Ten twój detektyw jest całkiem niezły.
-Jenny - jęknęłam. - Serio? A ja go szczerze nienawidzę. Słuchaj. Nie gadajmy o nim.
-A twój ukochany nie przybył na białym rumaku?
-Dlaczego białym? - zaskoczyłam się.
-Przekonasz się - poruszyła zabawnie brwiami.
-Jenny! Ty coś wiesz!
-O! I to jedno! Tak wiem - zmarszczyła nos. - Jeździ białym ferrari. Ma na imię Justin.
-Skąd wiesz?
-Oj, głuptasku. Przecież Juss to mój kuzyn.
Zachłysnęłam się wodą.
-Co?! Dlaczego mi nie powiedziałaś?! - wściekłam się.
-Skarbie, nie byłam do końca przekonana. Ale teraz już jestem, więc ci to mówię.
Przewróciłam oczami.
-Dlaczego nie chce się ze mną spotkać?
-Spotka, spotka. Co ty się martwisz. On znajdzie sposób. Nie powiem, dziwak z niego straszny.
-Zaaranżuj nasz spotkanie. Proszę, Jenny.
-Mmm... Kolacja przy świecach w restauracji nad wodą... Potem romantyczny spacer po plaży. Brzmi kusząco, ale jest jeden problem. On wyczuwa podstępy z odległości kilometra.
-Dobra. Nie, to nie. Ale daj mi jego adres.
-Jesteś pewna? - zapytała.
-A czy ja wyglądam na niepewną?
-No dobrze - westchnęła. Wyszłyśmy z basenu. Osuszyłam ciało ręcznikiem i poszłam się ubrać. Jennifer czekała na mnie przy basenie.
-Chodźmy do mnie - powiedziała. Przebiegłyśmy przez ulicę. Kątem oka dostrzegłam srebrny samochód. Jenny otworzyła garaż. Wsiadłyśmy do jej żółtego porsche.
-Zapnij pasy - odezwała się. Jechałyśmy ponad pół godziny. Wreszcie zatrzymałyśmy się przed ogromną willą.
-To tu, prawda?
-Tak. Chodźmy.
Podeszłyśmy bliżej. Jennifer nacisnęła dzwonek. Po chwili otworzyła nam kobieta.
-Cześć Pattie. Jest Juss?
-Przykro mi, dziewczyny. Nie ma go - odparła. - Coś mu przekazać?
-Jenny spojrzała na mnie wyczekująco. Wzruszyłam ramionami.
-Tak. Powiedz mu, że jeśli nie spotka się z Chanel, to będzie największym dupkiem - powiedziała.
-Och... No dobrze - uśmiechnęła się.
-To do zobaczenia - dodała Jennifer i pociągnęła mnie w stronę swojego auta. Spojrzałam w górę. W jednym z okien poruszyła się zasłona.
-Wątpię, żeby go nie było. Blefuje, dupek - mruknęła dziewczyna.
-Też mi się tak wydaje. Po prostu nie chcę się ze mną spotkać.
-Nie mów tak. Przyjdzie - pocieszyła mnie.
-Jeśli nie jest dupkiem, to tak - zaśmiałam się.



Resztę dnia spędziłam samotnie w domu. Jennifer musiała jechać z braćmi i mamą na rodzinną kolację do babci. Trochę jej tego zazdrościłam. Ja nie miałam nikogo. Ani rodzeństwa, dziadków nigdy nie poznałam, wujków, cioć, kuzynów i... mamy. Był tylko tata. W dodatku skrywał jakąś mroczną tajemnicę o której nie mogłam się dowiedzieć. Wisienką na torcie jest wynajęty detektyw.
Zaśmiałam się gorzko. Tata jest taki żałosny...
Cały wieczór oglądałam głupie filmy, wyciskacze łez. Przed północą poszłam do siebie. Wiedziałam jedno. Mój tata był naiwny. Sięgnęłam do włącznika, gdy coś zatrzymało moją uwagę. I nie coś, a ktoś! Uniósł palec wskazujący do ust.
Nie zaświeciłam światła, tylko podeszłam bliżej.
-Justin? - zapytałam.
-Tak, Chanel, Kotku. To ja - zaśmiał się.
-Jak...? - zaczęłam.
-Zostawiłaś otwarte okno, skarbie.
Klepnęłam się w czoło.
-Znów pod osłoną nocy - zwróciłam uwagę.
-Jak widać - odparł.
-Detektyw cię nie zauważył?
-Raczej nie. Wyszedłem na to drzewo, a potem wskoczyłem do ciebie.
-Dzięki.
-Za co?
-Że mi powiedziałeś o tym kretynie? Dlaczego nie zszedłeś, kiedy u ciebie byłam? Ach, no tak. Czujesz się bezpieczniej. Okej - odrzekłam.
-Przyszedłem, żeby w twoich oczach nie być dupkiem - powiedział z naciskiem na ostatnie słowo.
-Pomysł Jennifer - wyjaśniłam szybko.
-Domyśliłem się. Cała ona.
Spojrzał na mnie.
-Dlaczego tak ci zależy?
-Na czym? - zaskoczyłam się. Nie mogłam oderwać wzroku od jego oczu.
-Skarbie, wiesz o co mi chodzi.
-Niezupełnie.
-Na spotkaniu ze mną.
No to wlazłam w niezłe gówno.
-Wiesz... Ja...
Zakochałam się w tobie, a przecież w ogóle cię nie znam i nawet cię nie widziałam.
-Tak? - ponaglił.
-Nie wiem - westchnęłam. A ty?
-Ja? Chcesz wiedzieć? W porządku. Nie znam się. Ale cholernie mnie intrygujesz. Twój charakter, uroda, sposób chodzenia. Wszystko, co się wiąże z twoją osobą. Jesteś jak chodząca tajemnica. Nie da się wyczytać z twojej twarzy zbyt wiele. Nie wiem jak ty, ale ja... - zawiesił głos. Serce zabiło mi mocniej.
-Tak, Justin?
-Nie wiem, czy chcesz wiedzieć.
-Chcę. Bardzo.
Wstał, zasłonił zasłony i zaświecił lampkę. Odwrócił się w moją stronę. Zachłysnęłam się powietrzem. Był... był piękny.
-Justin - szepnęłam. Wyciągnęłam dłoń i położyłam na jego policzku. Zasłonił ją swoją ręką.
-Wiesz co, Chanel?
-Co?
-Lepiej już pójdę. Niedługo wróci twój ojciec.
-Justin, nie, proszę! Zostań ze mną!
Odsunął mnie od siebie.
-Nie chcę cię skrzywdzić, skarbie.
Pochylił się i mnie pocałował, ale nie tak, jak ostatnio.
Pieszczotliwie przygryzł moją wargę. Rozchyliłam usta. Juss złączył nasze języki. Położył dłoń na moich plecach, delikatnie je głaszcząc. Oparłam ręce na jego karku. Rozpalonymi, wilgotnymi wargami muskał moją szyję. Wessał moją skórę.
Oderwał się ode mnie gwałtownie.
-Żegnaj, Chanel.




Od aut.: Co się stało? Nie podoba Wam się moje opowiadanie? W porządku, rozumiem. Jeśli nie chcecie, żebym dalej pisała, po prostu powiedzcie. Dla mnie to żaden problem. Zawsze mogę robić to tylko dla siebie.

NOWI BOHATEROWIE:
Michael Celaya - ojciec Chanel. Powinnam go była przedstawić na początku.
Victoria Rose - jest bohaterem bardzo istotnym, choć nie głównym. Nie zdradzę kim tak naprawdę jest. Być może sami się domyślicie.
Pattie Mallette - sami się domyślacie, kim jest. Odegra równie ważną rolę.




15.02.2014 o godz. 16:00

Rozdział 4

Jeśli wierzysz, osiągniesz wszystko.


Raptownie się odwróciłam. Stał oparty o budynek, w zacienionym miejscu. Kręcił rozbawiony głową. Jego duże oczy błyszczały w ciemności.
-Szukam ciebie – odrzekłam. – Czy możesz do mnie podejść?
-Nie, skarbie.
Wzburzyła mnie arogancja i śmiałość w jego głosie. I ta cholerna pewność siebie, czego nie mogłam powiedzieć o sobie.
-Nie będę cię błagać. Chciałam tylko dowiedzieć się, jak masz na imię.
-Nie zgadłaś? Miałem nadzieję, że sama do tego dojdziesz. Podpowiem ci, że zaczyna się na J.
-Dlaczego jesteś taki tajemniczy? – zdenerwowałam się.
-Słodko wyglądasz, jak się złościsz, kotku.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
-Czuję się bezpieczniejszy.
-A niby co ci grozi? Bo chyba nie ja – prychnęłam.
-Mniejsza o to.
-Ja chcę wiedzieć. Możesz mi powiedzieć, dzikusie.
-No nie wiem – zaśmiał się. Zbliżyłam się do niego.
-Tylko nie uciekaj – mruknęłam. Zamknęłam oczy i wyciągnęłam otwartą dłoń. Palcami przesunęłam po jego twardej żuchwie. Zatrzymałam się na podbródku. Dotknęłam ust. Miękkie, ciepłe, wilgotne. Oblizałam wargi. Uważnie badałam każdy milimetr jego twarzy. Serce waliło mi jak oszalałe. Chciałam otworzyć oczy i zobaczyć go z bliska. Mogłam tylko wyobrazić sobie jak wygląda… Złapał mnie za rękę.
-Nie szukaj mnie nigdy więcej, Chanel – powiedział cicho. Wyczułam ból w jego Gosie. Zasłonił moje oczy dłonią, jakby nie chciał, żeby cokolwiek zobaczyła. Poczułam bardzo delikatne i czułe muśnięcie jego gorących warg na swoich ustach. Kiedy się otrząsnęłam, jego już nie było. Chciało mi się płakać. Dlaczego przede mną uciekasz? I skąd, do diabła, znasz moje imię? Tak wiele pytań nasuwało mi się na myśl, ale nie potrafiłam na niczym skupić uwagi. Pocałował mnie.
„Nie szukaj mnie nigdy więcej, Chanel”. Bolało. I to jak. Dlaczego nie chciał, żebym go szukała? Nie chce, żebyśmy się spotkali jeszcze raz? Przecież powiedział, że to przeznaczenie, a jeśli tak jest, to…
Z resztą, to i tak jest już bez znaczenia. Nie ma sensu rozjątrzać jeszcze świeżych ran. Pora wracać. Zapomnieć o wszystkim i zacząć życie od nowa.
W domu byłam pół godziny później. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Nagle poczułam, jak coś twardego ląduje na mojej potylicy.

Zimne krople wody spływały po mojej skroni. Otworzyłam oczy. Leżałam w salonie na kanapie. Po mojej prawej był tata. Chciałam się podnieść, ale ból w tylnej części głowy mi to uniemożliwiał.
-Kiedy przyszedłem, leżałaś w progu – odezwał się, przerywając milczenie. – Dostałaś czymś w głowę.
Odruchowo dotknęłam pulsujące miejsca. Niezły guz.
Nie wiem dlaczego, ale mu nie wierzyłam. Wiedziałam, że kłamie. Mimo wszystko pokiwałam głową.
-Idę do pracy – dodał i wyszedł. Czekałam, aż ucichnie warkot silnika samochodowego. Bardzo powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Zaczęłam szukać swojego telefonu. Nigdzie go nie było. Przecież miałam go przy sobie! Tata musiał go zabrać. Wolnym krokiem ruszyłam przez salon i korytarz. Otworzyłam drzwi i znalazłam się na dworze. Przeszłam przez podwórko i drogę. Podeszłam do domu Jennifer. Energicznie zapukałam. Drzwi stanęły otworem.
-Słucham.
Stała za nimi kobieta. Pewnie mama Jennifer.
-Dzień dobry. Czy zastałam Jennifer?
-Tak. Proszę.
Weszłam do środka. Jenny zbiegła po schodach.
-Musimy pogadać. Szybko – powiedziałam.
-Jasne. Poczekaj sekundkę,, okej?
Pokiwałam głową.
-A więc to ty mieszkasz naprzeciw? – zapytała kobieta.
-Tak, z tatą – odparłam. – Chanel Celaya.
-Karen Lawrence – uśmiechnęła się. Uścisnęłyśmy sobie dłonie. – Nie miałyśmy okazji się jeszcze poznać. Byłam na wyjeździe z pracy.
-Rozumiem.
-Jestem! – zawołała Jenny. – Nie wiem kiedy wrócę. Pa, mamo.
-Do widzenia.
-Do zobaczenia, Chanel.
Pomachałam jej ręką.
-Obiecałaś, że nigdzie nie pójdziesz – odezwała się, gdy tylko znalazłyśmy się na zewnątrz.
-Wiem, ale musiałam. Szukałam go i… - zawiesiłam głos.
-I? – ponagliła mnie.
-Znalazłam. Rozmawialiśmy chwilę. Zapytałam, jak ma na imię.
-Co odpowiedział? – zaciekawiła się.
-Że zaczyna się na J. Tylko tyle – mruknęłam. Skinęła. – Potem powiedział, żebym nigdy więcej go nie szukała. Zabolało. On zna moje imię, wiesz?
-Ciekawe skąd – prychnęła.
-I najlepsze na koniec…
-Co? – jej oczy zabłysły.
-Pocałował mnie! – pisnęłam.
-Żartujesz! Jak?
-Normalnie. Pochylił się i musnął moje usta. Tak delikatnie…- rozmarzyłam się.
-Och – westchnęła. – Myślałam, że tak namiętnie, wiesz.
-Jenny! – jęknęłam. – Nawet się nie znamy.
-No racja. Mniejsza. I co? Zamierzasz go nie szukać?
-Nie wiem.
-Słuchaj głosu serca – poradziła.
-Tylko tym się kieruję – odrzekłam.
-To dobrze.
-Jakie może być imię na J? – zapytałam po chwili.
- James, Jacob, Jim, Joe, Jonathan, John, Julian – wyliczała.
-Żadne do niego nie pasuje – wyjęczałam.
-No to nie wiem – mruknęła. – Czekaj! Chociaż… Jest jeszcze jedno.
-Tak? – zaintrygowałam się.
-Justin – szepnęła.
-Justin? – zapytałam.
-Justin.
-Nie wiem…
-Nie mówmy teraz o tym.
-Wiesz co? Lepiej wracajmy. Jestem zmęczona.

Przez cholernego guza na głowie ledwo udało mi się umyć i rozczesać włosy. Prawdziwa męka. Kiedy wreszcie położyłam się na miękkich poduszkach odetchnęłam z ulgą. Było mi tak miło. Zamknęłam oczy i powoli odpływałam w ramiona Morfeusza. Nagle rozległo się pukanie w szybę. Poderwałam się na równe nogi. Spojrzałam w stronę okna. Na parapecie kucała czarna postać. Sięgnęłam w stronę lampki, nie spuszczając z niego wzroku. Gwałtownie pokręcił głową. Mam nie świecić światła? Skinął na mnie, żebym podeszła. Zrobiłam, co kazał. Złapał za niewidzialną klamkę i ją przekręcił. Otworzyłam okno.
-Słuchaj. Mam mało czasu – zaczął. Ten głos poznałabym nawet na końcu świata.
-Co tu robisz? – zapytałam.
-Twój ojciec wynajął prywatnego detektywa, który od jutra będzie cię śledził. Zachowaj pozory. Nic nie wiesz, dobra?
-Jak to? Dlaczego?
-Za dużo wiesz – mruknął. Kurczowo trzymał się ramy okna.
-Może wejdziesz? – zaproponowałam.
-Uważaj na siebie, Chanel – wyszeptał. Zobaczyłam błysk w jego oczach.
-Masz na imię Justin? – odezwałam się. Chłopak zamiast mi odpowiedzieć, zniknął. – Odpowiedz!
Żadnej reakcji. Zatrzasnęłam okno. Wróciłam do łóżka. Nie mogłam zasnąć. Męczyło mnie rozmyślanie o tacie i jakimś detektywie, którego rzekomo wynajął. Dlaczego on to robi? Niby o czym wiem, a czego nie powinnam wiedzieć? Po co detektyw?
To wszystko robi się coraz bardziej skomplikowane i niezrozumiałe. Co ja takiego, do diabła, zrobiłam? W co ja się wplątałam, nawet o tym nie wiedząc? I jak dużo wie ten chłopak?
Nie zasnęłam do rana. Tata wrócił dopiero nad ranem. Nie wstałam, bo nie chciałam się z nim zobaczyć. Nie przyszedł do mojego pokoju. Zniknął w swojej sypialni. Poszłam do łazienki. Niewyspanie malowało się na mojej twarzy. Nałożyłam makijaż, aby choć trochę je ukryć. Na niewiele się to zdało. Ziewnęłam szeroko.
Nie mogę się poddać bez walki. Nie ja! Znajdę chłopaka! Dowiem się wszystkiego! Choćbym miała zapłacić największą stawkę, zrobię to!

Całe przedpołudnie szukałam oznak, że ktoś mnie śledzi. Udało mi się. Młody mężczyzna, jadący srebrną Alfa Romeo. Jeździł wszędzie tam, gdzie ja. Oczywiście gdybym nie wiedziała, że jest detektywem, nawet bym nie wpadła na to, że mnie śledzi. Starałam się zachowywać normalnie, niczego po sobie nie dałam poznać. Szło mi całkiem nieźle. Ale tylko na zewnątrz. W środku nie dawałam sobie rady. Postanowiłam z nikim się nie spotykać. Tak będzie lepiej. Przynajmniej na razie. Detektyw mógłby donieść wszystko tacie, a tego przecież bym nie chciała.
Wróciłam do domu dopiero po południu. Wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Ostrożnie wyjrzałam przez okno. Alfa Romeo stała kilka domów dalej. Z mojego okna była bardzo mało widoczna. Praktycznie w ogóle. Widziałam tylko słońce odbijające się od maski samochodu. Usiadłam na łóżku, potarłam skronie i zaczęłam myśleć. Jak tu się ukrywać? Czy nie będę mogła spotkać się z Jennifer? Nie! Muszę do niej pójść! Wszystko powiedzieć. Pomoże mi.
Wstałam i wybiegłam z domu. Znalazłam się na progu przed domem przyjaciółki. Otworzyła mi Jennifer.
-Wchodź – uśmiechnęła się. – Martwiłam się o ciebie. Nie odbierasz telefonów, nie przychodzisz. Co się dzieje?
-Zaraz ci wszystko opowiem – odparłam.
-Napijesz się czegoś?
-Herbaty – powiedziałam. Usiadłyśmy w kuchni. Szczelnie zamknęłam okna.
-Co ty robisz? – zaskoczyła się.
-Będę z tobą szczera. Potrzebuję twojej pomocy, to po pierwsze.
-Mam się bać? – zapytała.
-Chyba tak. Jesteś sama?
-Możesz mówić swobodnie. Mama pojechała na lotnisko odebrać moich braci. Przyjedzie za dwie godziny.
-To dobrze. Słuchaj mnie uważnie i nie przerywaj.
-W porządku.
-Wczoraj wieczorem przyszedł ten chłopak. Ostrzegł mnie. Powiedział, że mój tata wynajął prywatnego detektywa. Nie mogę niczego zrobić. Muszę zachowywać się, jakbym niczego nie była świadoma. Dzisiaj odkryłam tego całego detektywa. Jeździ szarą Alfa Romeo. Cały czas nie spuszcza mnie z oka. On nie wie, że ja wiem, że mnie śledzi. I chcę, żeby tak zostało. Musiałam ci to powiedzieć, żebyś przez przypadek czegoś nie chlapnęła, bo to zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Rozumiesz?
Pokiwała głową. Nie powiedziała ani słowa.
-Przepraszam, Jenny. To wszystko moja wina. Gdybym nigdy nie pojawiła się w Los Angeles, wszystko byłoby normalnie. Nie wiem, dlaczego zgodziłam się, żeby tu przyjechać. Miałam w sumie wybór. Albo Los Angeles, albo Phoenix. Wybrałam to pierwsze i wiem, że dokonałam złego wyboru.
-Nie mów tak, Chanel. Cieszę się, nawet nie wiesz jak, że mam kogoś takiego jak ty. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nigdy nie miałam takiej prawdziwej, najprawdziwszej w świecie koleżanki, której mogę się zwierzać. Dzięki tobie się zmieniłam. Cieszę się, że przyjechałaś do Los Angeles. I ja ci pomogę w twoich kłopotach. Odnajdziemy tego chłopaka. Dowiemy się, jakie tajemnice skrywa twój ojciec. Masz moje słowo.
-Jenny. Nie musisz, jeśli nie chcesz. Zrozumiem. Nie chcę, żebyś pakowała się niepotrzebnie w moje problemy. Chcę, żebyś była bezpieczna, ale nie potrafię dać ci takiej gwarancji.
-No właśnie. Co mi szkodzi, Chan. Nie mam niczego do stracenia – uśmiechnęła się. – Może wyjdziemy gdzieś, co? Mam dość siedzenia w domu.
-Do kina? – zapytałam.
-Może być.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Jenny zamknęłam drzwi na klucz.
-Chcę ci coś pokazać – powiedziała.
-Co?
-Mój prezent od dziadków na urodziny – powiedziała.
-Kiedy miałaś urodziny? – zapytałam.
-Wczoraj.
-O rany! I nic mi nie powiedziałaś?! Ale ty jesteś! Wszystkiego najlepszego, Jenny! Jesteś najlepszą przyjaciółką pod słońcem. Niech spełnią się twoje najskrytsze marzenia. Tak a propo, które to? – zapytałam.
-Och, Chan. Dziękuję. Dwudzieste.
Przytuliła mnie.
-A teraz popatrz.
Otworzyła automatycznie garaż.
-O mój Boże! Niezłe cacko! – zawołałam na widok żółtego porsche.
-Też tak zareagowałam. To co? Jedziemy na przejażdżkę?
Wskoczyłam do samochodu. Jenny nacisnęła jeden z guzików. Dach powoli się opuścił.
-Zapnij pasy i przygotuj się na ostrą jazdę! – zawołała.




Od aut.: Dziękuję kochani za poprzednie komentarze. Jestem szczęśliwa, że Wam się podoba. Rozdział z opóźnieniem, ale nie miałam jak dodać. Byłam w Krakowie i cały czas miałam coś do roboty. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe :* Do następnego <3

11 kom. = nn
09.02.2014 o godz. 12:58

Rozdział 3

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu


Zniknął w labiryncie pobliskich uliczek. Biegłam w kierunku, gdzie według mnie poszedł. Wołałam go. Odpowiadało mi echo. Na moich stopach wyskoczyło pełno pęcherzy, ale niestrudzenie szukałam dalej. Wreszcie się zgubiłam. Westchnęłam i zrezygnowana usiadłam na krawężniku. Wystukałam SMS – a do Jenny, że jestem na jakimś zadupiu i straciłam orientację w terenie. Poradziła mi, żebym odtworzyła całą drogę w umyśle. Nie miałam nic do stracenia, więc spróbowałam. I udało mi się. Wróciłam pod klub, ale dopiero po godzinie.
-Gdzieś ty się zaplatała? – zapytała Jennifer.
-Spotkałam go. Rozmawialiśmy chwilę, a potem zniknął. Pobiegłam za nim, ale nie znalazłam.
-Widziałaś jego twarz? Znasz imię?
Zaprzeczyłam. Całkowicie wyleciało mi to z głowy.
-Niestety, ale za to stał blisko mnie. Prawie stykaliśmy się głowami…
-Byłaś zbyt rozkojarzona, żeby zwrócić na to uwagę – zauważyła, i słusznie. Autentycznie tak było. Nie starałam się mu przyglądać. Byłam osłupiała, kiedy mnie dotknął, kiedy stał tak blisko, szeptał czule do ucha…
-Lepiej już chodźmy. Zbliża się północ – dodała. Złapała taksówkę. Wgramoliłyśmy się do środka. Spojrzałam przez okno. W każdym młodym mężczyźnie widziałam jego. Czułam, że to stało się moją obsesją. Chłopak, którego w ogóle nie znam, zawładnął moim umysłem. Bezczelnie wkradł się do serca bezbronnej i niewinnej istoty, powodując, że nie mogła przestać o nim myśleć.
Chciałam się otrząsnąć z tego letargu, ale był jeden problem. Nie potrafiłam tak po prostu go wyrzucić, zostawić. Bałam się, że wtedy mu się coś stanie, a ja będę winna. Mamo! Co ja mam zrobić? Dlaczego nie ma cię, kiedy tak bardzo cię potrzebuję? Dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego odeszłaś, mamusiu?

Wokół Chanel utworzyła się potężna niebieska tarcza, której nie mógł przebyć żaden demon, których nie brakowało. Kobieta – anioł otuliła dziewczynę ramionami. Nie pozwoli, aby cokolwiek stało się jej dziecku. Będzie ją chronić do samego końca.
-Poznasz go. Ale przyjdzie na to czas. Jeśli to przeznaczenie, spotkasz go niedługo – wyszeptała do jej ucha, muskając palcami policzek.

Poznam go, ale jeszcze przyjdzie na to czas. Jeśli to faktycznie przeznaczenie, spotkam go niedługo. Słowa brzmiące jak paradoks, ale łatwo było mi w nie uwierzyć. Zaufałam sercu.
-Chanel? – usłyszałam głos Jenny.
-Tak? – zapytałam.
-Jesteśmy – odparła.
-Och! No tak. Dziękuję ci za imprezę. Dobrze się bawiłam. Do zobaczenia – dodałam. Przeszłam przez trawnik. Zaczęłam grzebać torebce za kluczami. W oddali zamajaczyły światła nadjeżdżającego samochodu. Serce podskoczyło mi do gardła. Tata. Wracał z pracy. Drżącymi rękoma przekręciłam klucz w zamku. Szybko zatrzasnęłam drzwi. Auto wjechało na podjazd. Szybko wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Wskoczyłam pod kołdrę i przykryłam się po uszy. Tata zamknął drzwi na klucz. Odetchnęłam z ulgą. Zdążyłam w samą porę. Przewróciłam się na bok i ułożyłam w pozycji embrionalnej. Opuściłam powieki. Tak czy owak, nie ma sensu, żebym teraz szła po prysznic. To byłoby zbyt podejrzane, chociaż zawsze znalazłabym się jakaś wymówka.
Nagle do mojej sypialni wkroczył tata. Starałam się, żeby mój oddech był płytki, jak podczas snu. Delikatnie rozwarłam usta, przez co lekko pochrapywałam. Tata podszedł i zasiadł w pobliskim fotelu. Czy robił tak codziennie?
-Śpisz? – szepnął. Powstrzymałam się, żeby nie odpowiedzieć. – Bardzo tego żałuję, wiesz? Kochałem ją. Gdybym mógł, cofnąłbym czas, ale uwierz, robiłem to tylko dla ciebie. Nie potrafiłem siedzieć bezczynnie z założonymi rękami. Chciała mi cię odebrać. Nie mogłem cię stracić, bo cię kocham. Ona była potworem, który pokazał się dopiero potem. I tak nigdy nie przestałem do niej czuć tego samego. Miłości.
Serce mi przyspieszyło. W głowie pulsowało. Słyszałam jakieś piski. Chciałam poderwać się i wrzeszczeć. Zamiast tego leżałam w bezruchu, ściskając kołdrę w pięści. Palce mi zdrętwiały. Nie dałam rady ich odchylić. Poczułam zimny pocałunek taty na swoim czole. Czy mówiąc mi to wszystko, miał na myśli mamę? Co chciał przez to pokazać? Swoją bohaterskość?!
Zacisnęłam usta, tłumiąc w sobie całą wściekłość. Moje ciało krzyczało, moje wnętrze krzyczało… tylko wargi wciąż były zaciśnięte, nie przepuszczały żadnego dźwięku. Znów te piski w mojej głowie. Przycisnęłam dłonie do uszu, kuląc się pod kołdrą.
-Przepraszam – szepnął tata. Poczułam ukłucie w prawym ramieniu. Obezwładniło mnie. Czułam, jak coś się rozpływa się we mnie.
Jedzie pociąg. Słyszę pisk. Jest coraz bliżej.
Straciłam świadomość.

Zamrugałam powiekami. Rażące światło oślepiło mnie na moment. Chwileczkę. Znów ten pisk… Nie to tylko dzwonek do drzwi. Dzwonek do drzwi? Nikt nie otwiera. Jestem sama? Na to wygląda.
Otworzyłam oczy. Podniosłam głowę i rozejrzałam się. Byłam… Ale gdzie? Co się stało? Spałam. Jak długo? Która godzina? Jaki dziś mamy dzień?
Znów dzwonek do drzwi. Wstałam powoli i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę wyjścia. Czułam straszne pragnienie. Dzwonek do drzwi. Świat kręcił się jak na karuzeli. Przypomniałam sobie coś.
Gdy miałam cztery latka, mam zabrała mnie na karuzelę. Siedziałam na małym różowym kucyku. Śmiałam się. A ona była poważna. Myślała o czymś…
Dzwonek do drzwi. Pragnienie. Karuzela. Bicie zegara…
Omal nie spadłam ze schodów. Czy to sen czy jawa? Podeszłam do drzwi frontowych, jak mi się wydawało. Nacisnęłam klamkę i pociągnęłam w swoją stronę. Stała za nimi dziewczyna.
-A kuku! – zarechotałam.
-Chanel, to nie jest śmieszne.
Na jej twarzy malowała się konsternacja jak i zniecierpliwienie. Kim ona jest? Ja ją znam?
-W czym mogę pomóc? – zapytałam po prostu. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
-Chanel! – zawołała.
-Tak mam na imię.
-Wpuść mnie, proszę – powiedziała.
-Kobieto! Nie znam cię! – powstrzymałam ją. Namolna.
-Co?! Chanel! To ja, Jennifer. Uderzyłaś się?
-Nie wiem – odrzekłam. Już niczego nie wiedziałam.
-Jeśli nie chcesz mnie wpuścić, to wyjdź na zewnątrz.
-Nigdzie nie idę. Razi mnie.
-Mogę wejść?
-Przepuściłam ją, choć wcale nie miałam na to ochoty.
-Nie pamiętasz niczego?
Wzruszyłam ramionami. Pamiętam wszystko, tylko ciebie nie kojarzę i tego miejsca.
-Wiesz gdzie jesteś? – pytała dalej.
-Nie.
-W Los Angeles. Mieszkasz tu, w tym domu razem z ojcem…
-Tatą – poprawiłam ją.
-Tak. Jesteśmy sąsiadkami. Przyszłaś do mnie, żeby mnie poznać. Pamiętasz?
W głowie miałam tylko jedno.
-Przypadek czy przeznaczenie? – zapytałam. - Skąd ja to wzięłam, Jennifer, czy jak ci tam.
Zaczęła opowiadać. Nie przerywałam jej. Słuchałam uważnie, co jakiś czas kiwając głową i marszcząc brwi.
-Aha – odezwałam się po chwili. – Przyjechałam tu kilka dni temu. Pierwszą poznaną osobą był ten chłopak. Już wiem. Taksówka. Nie widziałam go. Było ciemno. Billie. Aleja gwiazd. Potem w Disneylandzie. Zapytał mnie czy to przypadek, czy przeznaczenie. To pamiętam. Następnie poznałam ciebie. Spędziłyśmy razem cały dzień. Poszłyśmy na imprezę. Spotkałam go trzeci raz. To przeznaczenie, Jennifer. Już wiem. Muszę mu to powiedzieć, bo sobie pójdzie. Nie chcę go gonić, bo mnie stopy trochę bolą.
-Przypominasz sobie to wszystko? – spytała z nadzieję.
-Mniej więcej.
-A co się stało, gdy wróciłaś do domu?
Ponownie zmarszczyłam brwi. Przyszedł tata. Coś mówił. Ale co? Stało się ze mną coś dziwnego. Tylko co? Co potem zrobił tata?
Odruchowo spojrzałam na ramię, gdzie widniał czerwony ślad i było trochę zaschniętej krwi. Przesunęłam palcem po plamce. Igła. Strzykawka.
-Morfina – szepnęłam.
-Co?
-Wstrzyknął mi morfinę – odrzekłam.
-Po co?
-Nie mam pojęcia. Chyba zależało mu, żebym o czymś zapomniała, czymś, co mi powiedział.
-To nie ma sensu – odparła.
-Ma! – uparłam się. – Miałam być w domu, spać mocnym snem. Miał mi coś powiedzieć, czego nie powinnam słyszeć, ale usłyszałam, bo wszystko poszło nie po jego myśli. Zbuntowałam się, rozumiesz? Dlatego podał mi morfinę. Ile spałam?
-Ponad 24 godziny, a co?
-No to wszystko pasuje. Pamiętaj. On nie może się dowiedzieć, że go rozgryzłam. Pomożesz mi, Jenny?
-Wróciłaś – uśmiechnęła się. Przytuliła mnie. Poklepałam ją po ramieniu i delikatnie odsunęłam.
-Głowa mnie boli. Muszę go znaleźć. Muszę mu to powiedzieć… Gadałaś z tym kuzynem?
-Nie przypomina sobie nikogo takiego. Zaproponowałam mu spotkanie z tobą, ale powiedział, że teraz nie, bo ma bardzo dużo pracy – odpowiedziała.
-Super.
-Nie martw się. Jeszcze nic straconego. Znajdziemy go. Słowo.
-To się okaże.
Dla chcącego nic trudnego. Wystarczy iść w ciemne miejsce i chłopak się znajdzie. Wtedy ja pociągnę go w stronę lampy, przez cały czas odwracając jego uwagę poprzez zadawanie głupich pytań i mówienie o motoryzacji.
Nie. To nie wypali. Już to czuję.
-Pójdę już. Ty lepiej siedź w domu, żeby twój ojciec… wiesz o co mi chodzi – powiedziała Jennifer. Pokiwałam nieznacznie głową. Jenny wyszła, a ja poszłam do swojego pokoju. Nie usiedzę na miejscu, póki go nie odnajdę.
Przebrałam się szybko w pierwsze lepsze ubrania i wyszłam przez ogród. Przeskoczyłam przez płot i znalazłam się na ulicy. Na czworakach przeszłam kilka metrów. Gdy uznałam, że nikt mnie już nie zauważy, stanęłam na nogach. Ruszyłam biegiem przez zalany słońcem chodnik. Słońce parzyło moją skórę i raziło po oczach. Biegłam przed siebie, nie bacząc na niebezpieczeństwa, których akurat nie brakowało. Dobiegłam do centrum. Rozejrzałam się. Szukaj mrocznej ulicy, szukaj mrocznej ulicy, szukaj… Jest! Przebiegłam jeszcze kawałek i skręciłam na pasy. Znalazłam się na drugiej stronie. Teraz wystarczyło przejść kilka metrów i zboczyć w prawo. Tak też zrobiłam. Zwolniłam kroku. Gdzie jesteś, człowieku? Wyjdź, proszę, bo to coraz mniej mi się podoba.
-Co tu robisz?




O Rany! Dziękuję za te 12 komentarzy! Nawet nie wiecie, jaka jestem szczęśliwa!


Od aut.: Dziękuję Wam z całego serca. To bardzo wiele dla mnie znaczy.
Jestem średnio z siebie zadowolona. Mogło wypaść nieco lepiej. Ale pisałam w środku nocy, ręcznie, w zeszycie. Wena potrafi być nieobliczalna.
I tak mam nadzieję, że Wam się spodoba. Liczę na Wasze opinie :*

10 kom. = nn
03.02.2014 o godz. 13:47

Rozdział 2


Jeśli nigdy się nie poddasz, możesz osiągnąć wszystko.


Obudziłam się z myślą, że powinnam poznać sąsiadów. O pytaniu chłopaka zapomniałam.
Wstałam późno. Taty już nie było. Zostawił mi tylko kartkę na bufecie w kuchni. Wyciągnęłam szklankę i nalałam do niej mleka. wypiłam je i wróciłam do pokoju. Przebrałam się i wyszłam. Po drugiej stronie ulicy stał dom. Podeszłam bliżej. Wzięła głęboki wdech i nacisnęłam dzwonek. Czekałam kilka minut i już miałam odejść, gdy drzwi stanęły otworem.
-Dzień dobry - odezwałam się.
-Dobry, dobry - mruknęła blondynka.
-Przepraszam, obudziłam cię - powiedziałam, rumieniąc się.
-W porządku. I tak powinnam już wstać - wzruszyłam ramionami. - Jesteś tu nowa?
-Tak. Przyjechałam przedwczoraj. Postanowiłam poznać sąsiadów - odrzekłam.
-Wejdziesz? - spytała. Pokiwałam głową. Dziewczyna przepuściła mnie do środka. Rozejrzałam się dokoła.
-Piękne - szepnęłam zauroczona ogromnym obrazem wiszącym w salonie. Blondynka wskazała na schody.
-Chodźmy do mnie.
Po chwili znalazłyśmy się w jej pokoju.
-Przepraszam za bałagan. Byłam wczoraj na imprezie i nie zdążyłam posprzątać - zaśmiała się. Szybkim ruchem zrzuciła ciuchy z fotela na podłogę. Usiadłam w nim wygodnie. Założyłam nogę na nogę i zapytałam.
-Jestem Chanel, a ty?
-Och! Jennifer, miło mi - uśmiechnęła się szeroko. - Zapomniałam.
-Jasne, drobiazg - odrzekłam.
-Pozwól, że zostawię cię na pięć minut.
-Okej. Poczekam.
Dobrze wiedziałam, że pięć minut to z pewnością nie potrwa.
Podniosłam jedną z bluzek leżących na podłodze. Obejrzałam ją i poskładałam. Podobnie zrobiłam z pozostałymi. Kiedy Jennifer wróciła do pokoju, wszystko było ułożone na jej łóżku.
-Rany! Dziękuję! Pozwól, że w zamian zabiorę cię dziś na imprezę - odezwała się.
-Nic wielkiego. Trochę mi się nudziło. A po za tym, fajnie się ubierasz - puściłam do niej oczko.
-Dzięki. Mam propozycję. Chodźmy na lody i wszystko sobie opowiemy. Znam świetne miejsce.
-Jestem za.
Jennifer zamówiła taksówkę, przy okazji wymieniłyśmy się numerami.
-Byłam w Alei Gwiazd? - spytała.
-Tak. Genialne miejsce. Dotknęłam gwiazdy Billiego Joe Armstronga.To było cudowne uczucie.
-Lubisz Green Day?
-Mało powiedziane. Szaleję na ich punkcie. Niestety, nie miałam jeszcze okazji być na ich koncercie.
Nie chciałam zdradzać szczegółów.
Ten dzień był dla mnie bardzo bolesny. Już na zawsze będzie w mojej pamięci.
Piątek, 14 września 2012 rok. Wtedy moja przyjaciółka z Nowego Jorku przyszła do mnie i pokazała bilety na ich koncert. Tak bardzo się cieszyłam. Koncert miał odbyć się następnego dnia w Irving Plaza, pół godziny taksówką od naszego domu. Od razu popędziłam z tą wiadomością do taty.
-Tatku! - zawołałam.
-Słucham?
-Wiesz... Bo jutro jest koncert Green Day'a w Irving Plaza. Mogę iść z Annie? - zapytałam. Spojrzał na mnie. Już wiedziałam...
Wyszłam z jego gabinetu. Łzy cisnęły mi się do oczu. Pójdę! Nie mogę nie iść na koncert GD. Zrobię wszystko, byleby spełnić największe marzenie.
No i poszłam. Było tylko jedno małe(czyt. ogromne) ale. Tata mnie uprzedził. Był już przed Irving Plaza. Zabrał mnie stamtąd. Lepiej nie pamiętać, co było dalej...
-Też ich uwielbiam - dodała. - A tak w ogóle, to nie zapytałam cię skąd jesteś.
-Długo by opowiadać. Mieszkałam tu i tam. Wielokrotnie razy się przeprowadzaliśmy. Ostatnio byliśmy w San Francisco. Już nawet przestałam zapamiętywać nazwy miast. Pewnie niedługo znów gdzieś wyjedziemy - wzruszyłam ramionami.
-Nie widziałam twojej mamy - zaczęła. Moje serce zamarło. - Przepraszam, nie chciałam cię urazić.
-W porządku. Tata mówi, że nas zostawiła. Nie chcę mu wierzyć - odparłam.
-Przykro mi.
-Jest okej - uśmiechnęłam się.
-A czy... Pamiętasz ją? - zapytała.
-Gdy przywołuję jej obraz, widzę niewysoką blondynkę. Była ładna. I miała piękne oczy. Takie duże, niebieskie, jak ocean. A jej głos... anioła. Gdy śpiewała, nawet zwierzęta słuchały jak zaczarowane. Chyba mnie bardzo kochała. Nie potrafię znaleźć powodu, dlaczego miałaby odejść - westchnęłam.
-Wiesz co? Sentymenty zostawmy na kiedy indziej. Lepiej nie ryzykować. Powiedz mi, poznałaś już kogoś? Oprócz mnie.
-Och... W zasadzie... Cóż... Raczej nie poznałam. Widziałam do zaledwie dwa razy.
-A więc to on? - Poruszyła zabawnie brwiami.
-Przepraszam? Nie chcę paniom przerywać, ale dojechaliśmy - wtrącił się kierowca. Jennifer zapłaciła mu za kurs i pociągnęła w stronę budki z lodami.
-Wybierz dwie - powiedziała. Kiedy kupiłyśmy sobie po lodzie, usiadłyśmy na ławce skąpanej słońcem.
-Słucham.
-Wracałam z Alei. Powoli zmierzchało, a nie chciałam być późno w domu. Wsiadłam do pierwszej lepszej taksówki. Niestety. Była już zajęta. Gdy miałam wysiąść, zatrzymał mnie pasażer. Okazał się nim chłopak...
-Jak ma na imię? Jak wygląda? Ile ma lat? Może go znam...
-Na wszystko odpowiadam, że nie mam pojęcia, ale czekaj chwilę, dobra?
-No okej - mruknęła.
-Było już ciemno, więc nie mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Wiem, że ma wąskie usta, delikatnie się poruszające podczas wypowiadanych słów. Zawsze widnieje na nich kpiący uśmieszek. A jego oczy... duże i błyszczące. Albo brązowe, albo zielone. Nie wiem. No i włosy. Też mam dylemat. Nie jestem pewna, czy jest brunetem, czy blondynem.
-Wow - odezwała się po chwili. - Nic mi to nie mówi. Chociaż... A ja wyglądała jego fryzura?
-Grzywka postawiona na żelu, krótko obcięte włosy.
-A ten drugi raz? - spytała.
-Wracałam z Disneylandu. Trochę straciłam orientację. Znów go spotkałam. Stał w cieniu, a potem nagle zniknął. Czekaj... coś jeszcze powiedział...
-Co?
-Przypadek czy przeznaczenie? Odnośnie naszego kolejnego spotkania - odrzekłam.
-Mam wrażenie, jakbym skądś to znała.
-Próbowałam dopasować do niego jakieś imię, wyobrażałam sobie jak wygląda naprawdę i zastanawiałam się nad jego życiem osobistym.
-Mam takiego jednego kuzyna. Zapytam go, czy zna taką osobę, jaką mi opisałaś. Spróbuję zdobyć na nią namiary, jeśli się uda - odpowiedziała.
-Dziękuję ci.
-Ale mam jeden warunek - uśmiechnęła się.
-Tak?
-Idziemy na imprezę. I nie chcę słyszeć żadnych wymówek!
-No dobrze, ale przed pierwszą muszę być w domu. Tata...
-Umowa stoi. Słuchaj... Chodźmy na sklepy, bo mi trochę nudno - dodała.
-Okej.
Podniosłam się z ławki i razem z Jennifer poszłam w stronę galerii mieszczącej się za skrzyżowaniem. Pięć godzin trwało nasze buszowanie, więc przed osiemnastą byłam w domu. Wzięłam długi prysznic. Następnie zajęłam się depilacją. Kiedy skończyłam, przeszłam do pokoju, gdzie zagrzebałam się w stercie ciuchów. To nie. Tamto nie. Bluzka nie pasuje. Spodnie za długie. Spódniczka za krótka. Przez dobre dwadzieścia minut przerzucałam ubrania i przygotowywałam niepowtarzalny i wyjątkowy zestaw. Gdy wreszcie mi się udało, usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Wchodź! - krzyknęłam z korytarza na piętrze. Przyznaję, byłam na tyle leniwa, że nawet nie chciało mi się zejść na dół. Po chwili dotarły do mnie kroki Jenny.
-Gotowa? - zapytała, wpadając do mojego pokoju.
-Prawie - odparłam. Pociągnęłam usta czerwoną szminką i rzęsy tuszem. - Już.
-Ślicznie wyglądasz - przyznała.
-Dziękuję. Ty też niczego sobie.
-Chodźmy. Obiecuję, że będziemy się fantastycznie bawić. To największa impreza w Angeles! Załatwiłam ci przepustkę, bo wstęp tylko dla dorosłych, także nie musisz się o nic martwić, ale świetnie bawić
-To akurat nie będzie trudne - uśmiechnęłam się.
-To super. Zamówiłam już taksówkę.
Zbiegłyśmy po schodach i wyszłyśmy na zewnątrz. Zakluczyłam drzwi i wsunęłam klucz do torebki. Samochód stał już na podjeździe. Usiadłam obok Jennifer. Kierowca wycofał i skierował się w stronę serca Los Angeles. Byłam tak bardzo podekscytowana koncepcją pierwszej takiej imprezy w swoim życiu, że całkowicie zapomniałam o tacie.
-Cieszysz się? - zapytała Jenny.
-Nawet nie wiesz, jak – odrzekłam.
-Ja też. Nareszcie mam godną towarzyszkę – powiedziała. Uśmiechnęłam się do niej. To aż dziwne. Znałyśmy się dopiero jeden dzień, niewiele o sobie wiedziałyśmy, a już potrafiłyśmy się zaprzyjaźnić.
Po chwili taksówka zatrzymała się pod klubem „Karma”. Zapłaciłyśmy taksówkarzowi i stanęłyśmy przed dwoma dobrze zbudowanymi ochroniarzami. Pokazałyśmy im swoje przepustki i zostałyśmy zaproszone do środka. Zabawa, choć dopiero się zaczynała, trwała w najlepsze. Nikt nawet nie zwrócił na nas uwagi. I dobrze. Nie lubiłam być w centrum uwagi. Jennifer poprowadziła mnie w stronę baru. Usiadłyśmy na krzesłach.
-Dwa razy mohito – zwróciła na siebie uwagę barmana.
-Jenny?
-No?
-Ja nie piję.
-To na rozgrzewkę. Zabawa jest lepsza – uśmiechnęła się. – A w tym prawie nie ma alkoholu.
-Naprawdę nie mogę. Mój tata zauważy.
-No dobra. Barman, jeszcze wodę – powiedziała. – Rozumiem, że nie chcesz. W twoim wieku też nie chciałam. Tylko wiesz. Pilnuj, żeby niczego ci nie wrzucili.
-Co masz na myśli?
-Pigułki – szepnęła. Wypiła dwa drinki i ruszyła na zatłoczony parkiet. Poszłam za nią, bo nie chciałam sama spędzić wieczora. W końcu przyszłam się zabawić.
-O! Jesteś – ucieszyła się. Zaczęłam poruszać ciałem w rytm muzyki. Po dwóch godzinach miałam dość.
-Idę się przejść! – zawołałam, przekrzykując muzykę.
-Okej! – odkrzyknęła. Przepychając się przez tłum spoconych ludzi, dotarłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam je. W jednej chwili, dudniąca muzyka w moich uszach ucichła. Odetchnęłam z ulgą. Klubowe imprezy to jednak nie mój klimat. Przeszłam się kawałek. Na domiar złego, obgryzł mnie but. Zdjęłam szpilki i stanęłam bosymi stopami na brukowanej kostce. Poruszyłam palcami. Chłód chodnika przeszył mnie od dołu. Mimo, że na zewnątrz było całkiem ciemno, ciepło wciąż się utrzymywało w powietrzu.
-Przypadek czy przeznaczenie? – usłyszałam za sobą TEN głos.
-To już trzeci raz – odparłam, odwracając się w jego stronę. Stał kilka metrów ode mnie. Zrobiłam jeden krok do przodu. Znów nie mogłam zobaczyć jego twarzy, ale wiedziałam, ze się uśmiecha.
-Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – odezwał się po chwili, zbliżając powoli.
-A może ty mi powiesz, co? – zapytałam.
-Może… Ale wolę, żebyś ty to zrobiła – wymruczał. Podeszłam bliżej.
-Jeśli nie, to co? – droczyłam się z nim.
-To sobie pójdę – szepnął i odwrócił się na pięcie.
-Czekaj! – zawołałam gwałtownie.
-No to jak?
-Ale ja nie wiem – jęknęłam.
-To ja ci powiem – odparł. Położył ręce na moich ramionach. Odgarnął mi włosy na ucho i pochylił się. Jego delikatny szept i ciepły oddech sprawiły, że przeszył mnie dreszcz. – To przeznaczenie.


Od aut.: Dziękuję kochani za poprzednie komentarze. Naprawdę wiele dla mnie znaczą. Mam nadzieję, że pod tym rozdziałem nie będzie mniej, a wręcz przeciwnie. Dacie radę? Liczę na was, kochani.
Czy zauważyliście coś dziwnego?

NOWY BOHATER: Jennifer Lawrence - poznacie ją w trakcie opowiadania.
31.01.2014 o godz. 18:21

Rozdział 1

Jeżeli jest cokolwiek, w co wierzę, to tylko miłość.


Nacisnęłam złotą klamkę i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się nieduży pokój, umieszczony na poddaszu. Na środku mieściło się łóżko, idealnie zaścielone wiśniową kapą. W kącie pod oknem stało obszerne biurko z moim starym laptopem. Szafa umieszczona była po drugiej stronie. Wszystkie meble były z mahoniu. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do okna zasnutego beżową zasłonką. Przesunęłam palcem po jasnej ścianie. A więc tak wyglądał mój nowy pokój.
Nie ukrywam... Był piękny. Zawsze marzyłam, by taki mieć i mój tata właśnie spełnił to pragnienie.
-I jak ci się podoba, kochanie? - zapytał tata, wchodząc do sypialni.
-Dziękuję - powiedziałam, uśmiechając się szeroko. Rzuciłam się mu na szyję. - Kocham cię, tatku.
Pogłaskał mnie po włosach i pocałował w czubek głowy.
-Chcesz pewnie zwiedzić trochę miasto, prawda?
-O tak! Kocham Los Angeles - zapiszczałam radośnie. Prawie poczułam się jak dziecko. Brakowało mi tylko jednej rzeczy. Mamusi. Tata mówił, że uciekła, zostawiła nas, ale ja nigdy nie chciałam w to wierzyć. Bardzo bym chciała, żeby do mnie wróciła. Często do niej mówiłam, nigdy nie odpowiadała. Wiem, głupie..
Przebrałam się po długiej podróży i wyszłam na zewnątrz. Jeszcze raz obejrzałam niedużą willę w której mieliśmy mieszkać od tej pory i uśmiechnęłam się.
Była połowa lata. Słońce ogrzewało moją opaloną skórę. Westchnęłam. To było takie przyjemne uczucie.
Po chwili znalazłam się na głównej ulicy. Stałam pod rozłożystą palmą, których było mnóstwo w całym mieście. Rozglądnęłam się na boki. Zdecydowałam, że pójdę w prawo. Kupiłam mapę i wzrokiem przeczesałam całe miasto. Ruszyłam w kierunku, gdzie spodziewałam się znaleźć Aleję sławnych gwiazd. Dotarłam po niecałej godzinie. Nogi strasznie mnie bolały. Mogłam przecież wziąć taksówkę. Ale w takich chwilach nie myśli się racjonalnie.
Spacerowałam między gwiazdami i spoglądałam na imiona i nazwiska. Kiedyś, przede mną, stała w tym miejscu Christina Aguilera. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Co za przyjemne uczucie. Ruszyłam dalej. Billie Joe Armstrong. Uwielbiałam go. Przykucnęłam i dotknęłam gwiazdy.
Michael Jackson wciąż żywa i wieczna legenda. Marilyn Monroe, Walt Disney, Elivis Presley.
To było wspaniałe przeżycie poznać choć część historii każdego z celebrytów. Kiedy wyszłam z Alei, miałam dość. Zatrzymał taksówkę. Niestety, ktoś siedział w środku. Już miałam zrezygnować, gdy chłopak zatrzymał mnie słowami:
-Wsiadaj. I tak nigdzie mi się nie śpieszy.
-Dziękuję - westchnęłam. Usadowiłam się na tylnym siedzeniu i spojrzałam na współpasażera. Chwila. Skądś go znałam. Ta jego twarz... kogoś mi bardzo przypominał. Było jednak za ciemno, żebym mogła go zidentyfikować.
-Gdzie jedziesz? - zapytał.
-301 Copa De Oro Road - rzuciłam do kierowcy.
-Kawałek jest - uśmiechnął się.
-Przecież ci się nie spieszy - odparłam.
-Racja. Chętnie zobaczę, gdzie mieszkasz.
-A może najpierw podrzucimy ciebie, co? Też chcę zobaczyć twój dom.
-Na pewno? - zapytał, unosząc brew. Przynajmniej tak mi się wydawało. Widziałam tylko jego błyszczące oczy i poruszające się, wąskie usta.
-Nie - odrzekłam.
-Tak myślałem.
Zaśmiał się cicho. Przez resztę drogi nie odezwałam się do niego ani słowem. Wysiadłam przed domem, zapłaciłam kierowcy i dorzuciłam za fatygę.
-Dzięki - mruknęłam na pożegnanie. Weszłam po schodach i stanęłam w drzwiach domu. Tata był w kuchni. Poszłam więc w tamtym kierunku.
-Jak ci minął dzień? - spytał, odrywając na chwilę wzrok od książki.
-Byłam w Alei Gwiazd - odparłam. - Było cudownie. Musimy się tam kiedyś wybrać razem.
-Oczywiście.
-Idę odpocząć - wymruczałam. Wbiegłam po stopniach na piętro. Szerokim korytarzem ruszyłam do swojego pokoju. Weszłam do niego i zamknęłam cicho drzwi. Wzięłam długi prysznic i ubrałam piżamę. Położyłam się na łóżku i pomyślałam o chłopaku z taksówki. Ta arogancją w jego głosie wręcz przyciągała. Kpiący uśmiech zapierał dech w piersi. Oczy. Duże oczy. Tylko nie wiem, jakiego koloru. Był brunetem, albo ciemnym blondynem. Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Czy jeszcze go spotkam? W takim ogromnym mieście, to chyba mało prawdopodobne, ale może to i lepiej. Przecież tata nie chciałby, żebym się z nim spotykała. A po za tym, z pewnością ma dziewczynę. I to piękną, niezwykła, bo taki chłopak nie może mieć zwykłej dziewczyny, takiej, jak ja. Jak masz na imię, tajemniczy nieznajomy?, pytałam się w myślach. Nie mogłam przez to zasnąć. Całą noc główkowałam nad tym, jak brzmi jego imię. Robert, James, Michael, Jake, a może Billy? Tyle, że żadne z nich nie pasowała do niego. Imię musiało być wyjątkowe i nietypowe. Jak on sam. Nad ranem, jeszcze przed wschodem słońca, narzuciłam na siebie szlafrok i po cichu zeszłam na dół. Otworzyłam drzwi prowadzące na drewniany taras. Podeszłam do barierki i spojrzałam na basen. Dziś koniecznie muszę się w nim wykąpać, ale najpierw... Chcę go odnaleźć. Może znów spotkamy się wieczorem w taksówce.
Wróciłam do środka, gdyż na zewnątrz było chłodno i trochę zmarzłam. Wzięłam przyjemny prysznic, nie żałując czasu, i ubrałam się. Ponownie zbiegłam na dół. W kuchni zastałam tatę przy kubku kawy.
-Cześć, tatku - powiedziałam, uśmiechając się.
-Dzień dobry, kochanie - odparł cicho. - Dziś nie będzie mnie cały dzień. Wybierasz się gdzieś?
-Oczywiście. Jeszcze zostało mi tyle miejsc do zwiedzenia!
-Wrócę późno. Nie czekaj na mnie.
Pocałował mnie w czoło i zniknął za drzwiami wejściowymi. Zatarłam ręce. Wyglądało to, jakbym planowała coś złego. Uśmiechnęłam się pod nosem. Zjadłam pospiesznie śniadanie i wyszłam z domu. Z torebki wyciągnęłam mapę. Rozłożyłam ją i spojrzałam. Aleję Gwiazd już mam z głowy, ale z pewnością jeszcze tam pójdę. Wiem! Rodeo Drive! A po południu Disneyland. Wiem, że jestem dziecinna, ale korzystam, póki mogę.
Zamówiłam taksówkę. Już po chwili jechaliśmy przez zatłoczone i zalane słońcem ulice Miasta Aniołów. Jak to możliwe, że ktoś taki jak ja, jest właśnie w tak wyjątkowym i magicznym miejscu. Nie mogę wciąż w to uwierzyć.
Kiedy zobaczyłam te wszystkie sklepy na Rodeo Drive, zaparło mi dech w piersiach. Wow! To jest cudowne. Tyle ciuchów, pamiątek, butów... Czego dusza zapragnie. Od razu zaczęłam swoje tradycyjne buszowanie. Całe przedpołudnie zajęło mi obejście około dwudziestu sklepów, stanowiących mała cząstkę tego ogromnego bazaru. Zjadłam coś w jednej z restauracji. Kupiłam bardzo niewiele. W końcu to są najdroższe sklepy świata! Boże! Ja nie wierzę.
Złapałam taksówkę i pojechałam do Disneylandu. Zabawa była szampańska. Dwukrotnie byłam na ogromnej kolejne, spotkałam Myszkę Miki i wiele innych postaci z bajek Disneya. Wczoraj stałam przed jego gwiazdą, a dziś jestem w krainie wszystkich jego bajek. Opuściłam to miejsce po zachodzie słońca. Musiałam go zobaczyć z najwyższej wieży pałacu. Dochodziła dziewiąta. Ruszyłam mroczną ulicą. Tylko co jakiś czas oświecała ją jakaś lampa. Super. Wygląda na to, że się nieźle zawieruszyłam, a drogą nie jechała żadna taksówka. Westchnęłam i usiadłam na chodniku niedaleko jednej z lamp. Zaczęłam się przyglądać mapie. Odszukałam palcem mój dom. Był jakieś piętnaście kilometrów od Disneylandu. Wygląda na to, że będę musiała iść pieszo, chyba, że na głównej ulicy znajdę jakąś wolną taksówkę. Z mapy wynika, że powinnam kierować się na północ, na Santa Ana, gdzie znajduje się autostrada. Stamtąd powinno się udać. Zobaczymy. Powoli wstałam i otrzepałam spódniczkę. Żwawym krokiem ruszyłam w tamtą stronę, gdy nagle z cienia wyłoniła się postać. Wyższy ode mnie o głowę, włosy postawione na żelu, te błyszczące oczy...
-Znów się spotykamy - wymruczał tuż przy moim uchu, muskając je wargami. Zadrżałam.
-Jak widać - odparłam. Starałam się zachowywać naturalnie, ale słabo mi szło.
-Przypadek czy przeznaczenie? - zapytał. Spojrzałam mu głęboko w oczy, ale nie mogłam wydobyć z nich koloru. Po chwili chłopak zniknął, zostawiając mnie ze swoim pytanie. Przypadek czy przeznaczenie? Przypadek czy...
Znalazłam się przy autostradzie. Udało mi się złapać taksówkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy tylko znalazłam się w środku. Podróż zajęła prawie godzinę. O dziesiątej byłam w domu. Zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do swojego pokoju. Przypadek czy przeznaczenie? Pytanie nurtowało mnie przez cały czas. Nie mogłam zasnąć. Dopiero, gdy tata przyszedł, udało mi się chwile zdrzemnąć.
Przypadek czy przeznaczenie?


Od aut.: Według mnie, beznadziejny. Nie wyszedł. Pierwszy rozdział i od razu do dupy. Wybaczcie.
Dziękuję za te pięć komentarzy. Wiele dla mnie znaczą.

Zwiastun
(też mogłam się wysilić)


26.01.2014 o godz. 18:46

Fortunately Porcelain
Niby tacy sam, a jednak całkiem inni...

Prolog

Kocham go...
To jedyne, co nasuwa mi się na język.
Będę z nim...
Choć spotkało mnie tyle trudności i niepowodzeń.
Odzyskam go...
Pomimo, że nie mam możliwości.
Postawię się...
To nie wchodzi w grę, ale zrobię wszystko dla miłości.
Wiem kim jesteś mój kochany, wiem kim jestem ja...
Moje ostatnie słowa...
Kocham cię...
A naprawdę kocha się tylko raz...


Bohaterowie

Chanel Celaya





Jestem dzieckiem. W końcu mając siedemnaście lat nie zrozumie się całego świata.


Wyróżnia ją nieśmiałość i skromność. Miła dla każdego, lubi wszystkich. Cierpi, widząc, przez co przechodzą inne kraje. Wojna, głód... Delikatność i niewinność to cechy przywódcze. Nie potrafi przejść obok i nie udzielić pomocy potrzebującym. Czy jedna osoba może przewrócić jej życie o 180 stopni?


Justin Bieber





Mam świadomość tego, kim naprawdę jestem.


Bożyszcz nastolatek. Kocha swoich Beliebers. Wie jednak, że bardzo cierpią. Gdyby mógł, pomógłby każdemu z nich. Pomimo swojej ogromnej sławy, stara się nie zmieniać. Chcę pozostać sobą...


Od aut.: Cudów to ja nie uczyniłam... Ale przynajmniej w małym stopniu liczę na Wasze opinię.
25.01.2014 o godz. 16:22

Cześć, czołem czy jak tam się mówi...
Jestem Belieber i jak widać, blog będzie poświęcony mojemu idolowi. Wiem, że nie wszyscy go lubią, mam tego świadomość, ale mam nadzieję, że znajdzie choć jedna osoba, która będzie to czytać. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego założyłam bloga... Nigdy wcześniej tego nie planowałam. Nie jestem zbyt doświadczoną istotą w tej dziedzinie, więc proszę o wyrozumiałość. Jeśli ktoś nie lubi Justina, proszę, żeby nie hejtował go na moim blogu. To dla mnie ważne.
Dziękuję za uwagę.
Dobranoc.

~ImBelieber
Tagi: 0.
24.01.2014 o godz. 19:36